niedziela, 16 grudnia 2012
Rozdział 2 (cd.)
Drzwi natychmiast się otworzyły. Stała za nimi Fragoria, która nie wyglądała na obudzoną ani zdziwioną przybyciem uczennicy. Miała na sobie normalne ubranie, jakby właśnie wróciła z treningu. A może właśnie tak było?...
-Przyszłaś -to było jedyne, co powiedziała.
Gestem zaprosiła uczennicę do środka. Poprowadziła ją do komnaty, w której zwykle przyjmowała gości i kazała jej zająć miejsce przy stole. Sama poszła do kuchni i przyniosła dzbanek z parującą czekoladą oraz talerz pełen ciastek. Po chwili postawiła przed sobą i Iris dwie filiżanki, i nalała do nich naparu.
-Widzę, że spodziewała się mnie pani -uśmiechnęła się dziewczyna.
-Po tym, jak zapoznałam się z twoim najnowszym kandydatem na męża, byłam pewna, że się tu zjawisz -rzuciła kobieta. -Do wschodu słońca możesz jeszcze zmienić zdanie i wrócić do domu.
-Nie, już tam nie wrócę, nie mam powodu. Uważam, że po tym całym zamieszaniu głupotą byłoby się wycofać.
-No dobrze. Szanuję i popieram twoją decyzję, a teraz posłuchaj. Nie mogę cię chować u siebie, ponieważ mój dom będzie jednym z pierwszych miejsc, w których będziesz poszukiwana.
-W takim razie co się ze mną stanie?
-Zaraz zaprowadzę cię w miejsce, które od tej pory będzie twoim domem. Czeka cię tam duża niespodzianka.
-Niespodzianka?
-Nie wiem czy miła, ale zawsze.
Kilkanaście minut później Fragoria prowadziła dziewczynę korytarzem szerokości mniej więcej jednego potężnego mężczyzny. W ręce niosła pochodnię, która rzucała blask na stare kamienne ściany, po których spływała woda. Podłoże było obrośnięte wszelkiego rodzaju porostami, które tworzyły miękki dywan tłumiący kroki. Towarzyszki nie odzywały się. Po jakimś czasie, kiedy Iris zaczynała odczuwać znużenie drogą, w oddali zamajaczyło delikatne światło. Kiedy zbliżyły się w jego stronę, zobaczyły przymknięte drzwi; przez szparę sączył się jasnożółty blask jakby płonącego ogniska.
Weszły do środka. Siedemnastolatka stanęła jak wryta. Znalazły się w ogromnej sali z dość niskim sufitem. W każdej ścianie wykute były nisze, w których znajdowały się łóżka, biurka, niewielkie biblioteczki i kufry. Wokół krzątali się ludzie; były tu zarówno kobiety jak i mężczyźni, jednak przedstawicielek płci pięknej było pięć razy mniej. Każda z nich komenderowała jakąś grupką mężczyzn. Niektórzy pracowali przy ognisku i szykowali posiłek, inni zajmowali się czyszczeniem broni, jeszcze inni prali i cerowali ubrania. Gdy zauważyli starszą z przybyłych, natychmiast ustawili się w szeregu i skłonili przed nią.
Tylko jeden mieszkaniec podziemnej jaskini nie ustawił się w rzędzie. W spokoju stał nieopodal drzwi wejściowych i gryzł trzymane w ręce jabłko. Wyglądał, jakby stał na warcie od wielu godzin i już był tym znudzony. Iris wiedziała, że skądś zna ten niedbały sposób bycia, jednak po dniu pełnym wrażeń nie potrafiła uchwycić myśli snujących się jej w głowie. Chłopak wyglądał znajomo, był wysoki i szczupły, miał ciemne rozwichrzone włosy, a z jego postawy biła pewność siebie.
-Dorianie, ty imbecylu, ile razy mam ci powtarzać, żebyś chociaż się skłonił! To, że stoisz na warcie, nie zwalnia cię od szacunku do przełożonych! -krzyknęła kobieta stojąca w szeregu pierwsza od lewej.
-Uspokój się Mistino, doskonale wiem, co powinienem zrobić -odparł wesołym głosem. -Witaj Fragorio i witaj Iris -
Nie zdążył dokończyć tego, co chciał powiedzieć, ponieważ niespodziewanie przy jego szyi znalazł się sztylet. To siedemnastolatka jednym susem znalazła się przy nim. Kiedy usłyszała jego imię, od razu coś przeskoczyło w jej umyśle i wiedziała kim jest ten niedbale zachowujący się chłopak.
-Dorianie, synu Gilberta, zaraz zginiesz z moich rąk -wysyczała dziewczyna i odsunęła się od chłopaka.
Błyskawicznie podniosła miecz leżący nieopodal i przerzuciła go z jednej dłoni do drugiej. Zamachnęła się i sprawdziła, czy jest dobrze wyważony, po czym wykonała wzorowy wypad w stronę kuzyna. Ostrze minimalnie minęło jego głowę.
-Stójcie! Gormar, Celebes, powstrzymajcie ich! -rozkazała kobieta poprzednio nazwana przez wartownika Mistiną.
Mężczyźni wyszli przez szereg i już mięli wykonać polecenie, kiedy powstrzymał ich przeczący gest Silana, który nagle pojawił się w jaskini.
Iris wyprostowała się i stanęła w niewielkiej odległości od przeciwnika. On również był już przygotowany. Nie chciał walczyć z krewną, ale podejrzewał, że jeśli jej nie pokona, albo przynajmniej nie powstrzyma, zabije go.
"Ona jest wyjątkowo nieprzewidywalna" -pomyślał.
Walka rozpoczęła się. Dziewczyna z lodowatym spokojem wykonywała pchnięcia, raz z prawej, raz z lewej, często niespodziewanie zmieniała trajektorię lotu ostrza. Z początku chłopak tylko zbijał jej ciosy, lecz później wstąpił w niego duch walki. Zamachnął się z lewej z góry, a potem szybko uderzył z lewej, z boku. Przeciętny szermierz nie zdążyłby się zasłonić przed takim atakiem, jednak siedemnastolatka trenowała u najlepszych. Pełna opanowania odskoczyła do tyłu. Była jak w transie -miecz stanowił nie tylko przedłużenie jej ręki, ale i część jej samej. Z idealnym wyczuciem równowagi wylądowała w bezpiecznej odległości i znów wykonała cięcie, równocześnie zbliżając się do kuzyna od lewej strony. W pewnym momencie kopnęła go w piszczel, tak, że nogi się pod nim ugięły. Równocześnie uderzyła płazem swojego miecza o jego ramię.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Pisz dalej bo zapowiada się super ; D
OdpowiedzUsuń