niedziela, 25 listopada 2012
Rozdział 2
-Nie, stanowczo nie wyjdę za Scorpiusa! -krzyknęła i tupnęła nogą. -Nie ma mowy, ojcze! Nawet nie chcę o tym słyszeć!
Był późny wieczór, goście poszli już spać, albo wrócili do siebie, jak Scorpius, który następnego dnia musiał przygotować się do wyprawy na Zachodnie Rubieże. Na parterze została tylko Iris z rodzicami. Jej bracia zajęli się swoim życiem, w końcu byli już dorośli, tak jak ona od tego ranka. Dziewczynie nie podobała się ta cała sytuacja, stąd między nią a ojcem powstał spór. Kiedy kilka godzin wcześniej poszła z Emilio i Chester'em do świątyni, pozostali ustalili warunki, na których miała wyjść za mąż, w dodatku za najgorszego kandydata, jakiego mogli wybrać. Miła nadzieję, że uda jej się jakoś na to wszystko wpłynąć, wierzyła, że zmieni decyzję rodziców, że to jeszcze nie jest pewne, w końcu właśnie o to prosiła bogów, kiedy składała im urodzinową ofiarę... Jednak następne słowa Sidora rozwiały jej marzenia:
-Ale nie mamy innego wyjścia. Już zawarliśmy nader korzystną dla całej rodziny umowę, teraz już się nie wycofam.
-Mamo, proszę cię, czy nie widziałaś jaki on jest nachalny? Nie wytrzymam z nim ani jednego dnia, a co dopiero całego życia!
-Przecież wiesz, że cię kochamy, gdyby był taki okropny jak mówisz, nigdy byśmy nie próbowali cię za niego wydać -zaprzeczyła Amelia.
Córka popatrzyła na matkę z niedowierzaniem. Do tej pory naprawdę rzadko się zdarzało, aby kobieta nie przyszła jej z pomocą w kłótni przeciwko ojcu.
-Skoro tak uważacie... Dobranoc -mruknęła i zrezygnowana opuściła pomieszczenie. Nie oglądała się za siebie, choć podjęła decyzję. Nie chciała mieć żadnych powodów do żalu.
Wbiegła po schodach nie piętro, wpadła do swojego pokoju i otworzyła kufer z ubraniami. Wyjęła tylko męskie stroje; wszystkie suknie zostały na dnie. Przebrała się. Przygotowała linę z hakiem, broń, pieniądze oraz niewielką skrzynkę z narzędziami. Później wyjęła kawałek pergaminu i pióro, po czym napisała krótki list, w którym wyjaśniła jedynie, czemu opuszcza dom. Zaadresowała go do rodziców i położyła na toaletce. Po chwili skreśliła jeszcze kilka słów do swojego brata. Przygotowała torbę i spakowała ją. Kiedy była już prawie gotowa, przypomniała sobie o książce, którą dostała od Ruffinia. Zaczęła grzebać w swoim mahoniowym biurku. Znalazła "Czarną Magię dla odważnych", a przy okazji i zioła od Emilia. Szybko wyciągnęła jeszcze sztylet od braci i naszyjnik od Silasa, po czym udała się do jego pokoju i włożyła mu list pod poduszkę. Wiedziała, że chłopak wróci nie wcześniej, niż nad ranem, więc spokojnie zaczęła rozglądać się po jego pokoju, jakby na pożegnanie. Doskonale znała to pomieszczenie, często chowała się w nim przed mamą gdy coś przeskrobała. Uśmiechnęła się do siebie na myśl o tych wspomnieniach, lecz po chwili, gdy pomyślała, że może znów przez dłuższy czas nie zobaczyć brata, uśmiech zgasł, a oczy lekko zaszkliły się jej od łez. Wróciła do siebie i zaczęła zastanawiać się nad wyborem drogi ucieczki.
Po krótkich rozmyślaniach wybrała najprostszą drogę -okno. Nie podejrzewała, żeby akurat dziś ktokolwiek pilnował drzewa, którego zawsze używała do opuszczania domu nocą. Najpierw spuściła swoje bagaże na trawę i kiedy sama chciała wyjść, usłyszała kroki na korytarzu. Tego się nie spodziewała. Nie chciała tak szybkiego zdemaskowania swojego pomysłu, więc prędko zgasiła świecę i wskoczyła do łóżka. Po chwili drzwi jej pokoju otworzyły się i zbliżyła się do niej Amelia. Lekko pocałowała ją w czoło i szepnęła:
-Nie martw się, jutro jeszcze porozmawiamy. Może uda ci się przekonać ojca...
Iris nic nie odpowiedziała. Wiedziała, że tak się nie stanie, bo jutro już jej tu nie będzie. Jednak nie czuła żalu, raczej rozczarowanie, szczególnie, że były to ciągle jej urodziny. Kiedy matka wyszła, dziewczyna ostatni raz spojrzała na swój pokój i wyszła przez okno. Chwyciła najbliższą gałąź i z niej zeskoczyła na kolejną. Po chwili była na dole. Na szczęście jej torby nie zniknęły. Zarzuciła je na ramię i opuściła teren posiadłości. Jednak zanim przeskoczyła przez bramę, rzuciła jedno smutne spojrzenie w stronę stajni, w której stał jej piękny koń. Nawet nie zdążyła mu się przyjrzeć i dowiedzieć czy ma jakieś imię. Obiecała sobie jednak, że wróci po niego tak szybko, jak to będzie możliwe i, że uda się z nim, tam gdzie przyjdzie jej się przenieść...
Żwawym krokiem przemierzała ciemne ulice, choć musiała kryć się w najgłębszym cieniu. Nie chciała natknąć się na strażników patrolujących miasto. Już kiedyś miała z nimi do czynienia, ale wtedy był z nią Angelo. Było to niedawno, wtedy, kiedy późną nocą wracali z treningu. Najpierw niepostrzeżenie wspięli się na mury obronne i zeszli po drugiej stronie, już na terenie obrzeży stolicy, a później, kiedy zmierzali do domu, drogę zastąpiło im dwóch mężczyzn w mundurach. Koniecznie chcieli wiedzieć gdzie mieszkają i co robią o tej porze poza domem. Byli bardzo natarczywi, jednak jej brat jakoś zdołał ich zbyć. Dziewczyna nie była pewna czy w pojedynkę potrafiłaby powtórzyć jego wyczyn.
Właśnie mijała bar "Pod Starą Miotłą". Ze środka dobiegł ją głos barda śpiewającego refren znanej ludowej pieśni.
Usłyszałem i od razu pokochałem,
Usłyszałem i od razu pokochałem...
Śpiewak dalej nucił, a Iris starała się nie zwracać na siebie uwagi. Wokół baru był duży tłok i siedemnastolatka wiedziała, że musi przemykać bokiem, bo w tej ciżbie mogłaby spotkać niejednego strażnika. Powoli zbliżała się do wewnętrznych murów, które stanowiły dodatkową ochronę dla pałacu królewskiego. Tuż obok znajdowało się kilka bogatych domów. Ich właściciele byli wysoko postawionymi urzędnikami i doradcami władcy, lecz nie chcieli mieszkać w pałacu, dlatego Lonerin pozwolił im zamieszkać poza kompleksem zamkowym. Wśród willi stała jedna, która była inna od pozostałych. Nie tak duża i bogata, sprawiała wrażenie budowli znajdującej się nie miejscu. To w jej stronę zmierzała. Kiedy w końcu dotarła do celu swojej nocnej podróży, przystanęła przed furtką, skupiła myśli na obrazie właścicielki domu, który miała dobrze wyryty w pamięci i wysłała krótką wiadomość.
niedziela, 18 listopada 2012
Rozdział 1 (cd.4)
***
Echem niósł się odgłos kopyt uderzających o kamienną ulicę.
Grupka jeźdźców wjechała na dziedziniec, a najmłodszy z nich od razu zeskoczył z konia. Chłopak miał zielone oczy, blond czuprynę i dość łagodne rysy, przez co sprawiał wrażenie sympatycznego i niewinnego, a z całą pewnością taki nie był. Stwarzał wokół siebie barierę, której, jeśli nie było to konieczne, większość ludzi nie śmiała przekroczyć.
Szybko przywitał się z oczekującymi go w bramie gospodarzami i już po chwili rozglądał się po podwórzu, jakby było jego własne.
-Czy on czeka na Iris? -spytał ojca Silas.
-Możliwe, powinna zaraz do niego wyjść. Może pójdź po nią -zaproponował mężczyzna.
Jego syn chyłkiem wszedł do domu. Uspokoił wszystkich zgromadzonych, że Scorpius już przyjechał, po czym szybko pobiegł do kuchni cicho wołając imię siostry. Kiedy ją znalazł, nie zważając na okrzyki matki, wyprowadził dziewczynę z pomieszczenia.
-Zatrzymaj się -warknęła.
-Co się stało? -spytał zdezorientowany.
-Nie widzisz, że mam na sobie fartuch, przecież nie mogę się tak pokazać. Przyniosłabym wstyd całej rodzinie i okryła nas hańbą do piątego pokolenia.
-Nie marudź, tylko ściągaj to i rzuć gdzieś tutaj.
Minutę później, podczas gdy bratanek Lorda Tybalta przyglądał się grządkom kwiatowym, Iris pojawiła się w progu domu. Sidor cicho chrząknął i jak na zawołanie, chłopak podniósł głowę. Zobaczył przyszłą narzeczoną, lekko się uśmiechnął i żwawym krokiem podszedł do niej. Łamiąc tradycję, pocałował ją w oba policzki i dopiero wtedy pozwolił się zaprowadzić do wnętrza budynku. Zaraz za nim wkroczyła jego obstawa.
Minęli kilka komnat, przeszli kilka korytarzy i znaleźli się w salonie, w którym zgromadzili się już wszyscy. Scorpius usiadł obok Iris i nie odstępował jej ani na krok, gdziekolwiek by się nie ruszyła, jakby bał się, że ktoś nagle ją porwie. Dziewczynę bardzo to irytowało, jednak ze względu na rodziców starała się być miła i uprzejma oraz nie pokazywała po sobie, jak bardzo nie podoba jej się cała ta sytuacja. W czasie obiadu chłopak również starał się podawać jej wszystko, na co popatrzyła. Było to męczące nie tylko dla niej, ale i dla pozostałych gości, ponieważ Scorpius ciągle zabierał im potrawy, które akurat chcieli sobie nałożyć. W końcu wszyscy, oprócz niego byli w tak złych nastrojach, że nawet niewielka orkiestra, zaproszona przez Amelię, nie potrafiła rozweselić ich swoim graniem.
-Ruffinio, co możemy zrobić, by to wszystko nie skończyło się kompletną klapą..? -spytał Emilio.
-My nic, ale mam pewien pomysł. Powiedz ojcu, że czas porozmawiać o zasadach, na jakich miałoby zostać zawarte małżeństwo. Ponieważ Iris nie może być przy tych rozmowach, wyślemy ją do świątyni. Proste, nie? -Uśmiechnął się młody mężczyzna.
Jego brat z podziwem spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się.
-Skąd ty to wszystko wiesz?
-Zapamiętaj sobie, wiedza, która mają w sobie książki, jest uniwersalna i może ci się przydać w najmniej oczekiwanym momencie. A teraz już idź powiedzieć ojcu co wymyśliliśmy.
Jednak w tym momencie Sidor, jakby czytając dzieciom w myślach, sam zwrócił się do swojej córki:
-Chyba najwyższa pora, abyś udała się do świątyni, a my w tym czasie przeprowadzimy rozmowy na temat twojej przyszłości.
-Chyba targi -mruknął Silas.
-Co mówiłeś synu?
-Nic, nic chciałem zaproponować, że z nią pójdę.
-Ależ nie możesz, jesteś moim najstarszym synem i najwyższa pora, żebyś sam zobaczył jak to wygląda. Angelo, ty też zostajesz -dodał, widząc podnoszącego się potomka. -Iris oczywiście nie pójdzie sama. Emilio i Chester będą jej towarzyszyli.
-Dobrze ojcze -przytaknęli wymienieni i już po chwili razem z siostrą wolno szli w stronę pięknego budynku umiejscowionego tuż obok zamku.
niedziela, 4 listopada 2012
Rozdział 1 (cd.3)
-Proszę cię, uspokój się siostrzyczko, na pewno wpadniemy na jakieś rozwiązanie tej sytuacji. Nie lamentuj, tylko z uśmiechem zejdź za chwilę na dół i powiedz, że już się lepiej czujesz. A kiedy Scorpius przybędzie po prostu bądź dla niego uprzejma –mężczyzna przerwał słysząc jakiś dźwięk zza okna. -Chyba przyjechali pozostali goście –dodał.
Kilka minut później Iris powoli schodziła po schodach z grymasem na twarzy, który miał być uśmiechem. Próbowała przekonać samą siebie, że ten dzień nie jest taki tragiczny, w końcu są to jej siedemnaste urodziny. Nic ani nikt nie powinien jej psuć tego święta, jednak dziewczyna z doświadczenia wiedziała, że wszystko, co miało być doskonałe zwykle ktoś niechcący niszczył i sprawiał, że całe towarzystwo miało gorszy humor. Tak miało być i tym razem, lecz gdyby o tym wiedziała w tym momencie zawróciłaby i zamknęła się w swoim pokoju. Natomiast jubilatka w błogiej nieświadomości zbliżała się do salonu, w którym zgromadziła się cała jej żyjąca rodzina, prócz Doriana, oczywiście. Jej matka siedziała przy ogromnej lirze i grała jakąś wesołą melodię, która przywodziła na myśl szczęśliwe chwile z dzieciństwa, spędzone wraz ze starszymi braćmi na pływaniu w stawie za murami miasta czy w ogrodzie, na zabawie w wojowników ratujących swoją ojczyznę. Dobrze pamiętała tamte czasy. To było jeszcze za nim Silas i Angelo zaczęli naukę u Fragorii i Silana. Mięli oni wtedy mniej więcej tyle lat, co ona teraz. Pod opiekę tej dwójki już wcześniej trafili Chester i Ruffinio, lecz kiedy małej Iris zabrakło najstarszych braci do zabawy i jej jedynym towarzyszem został Emilio, jej dzieciństwo przestało być już takie ciekawe. Na szczęście niedługo później najmłodsze dzieci Sidora również zostały uznane za na tyle duże, by móc się uczyć. Dziewczynę długo nurtował fakt, jak to się stało, że w ogóle jej rodzice powierzyli swoje pociechy obcym ludziom. Wiedziała, że nigdy nie byli oni osobami ufnymi i najchętniej obracali się w kręgu rodzinnym. Ze swoim pytaniem pewnego słonecznego dnia udała się do ojca, który wszystko jej wytłumaczył. Dowiedziała się, że ostatnią wolą jej babci, matki Sidora było, by jej wnuki zostały oddane na wychowanie do Fragorii i jej przyjaciela. Margaret nigdy nie wytłumaczyła, dlaczego takie było jej ostatnie życzenie, a jej wnuczka nigdy nie miała okazji jej o to spytać, ponieważ kiedy kobieta umierała miała ona zaledwie pięć lat.
Już na samym początku Iris polubiła swoich mistrzów. Byli to dość młodzi ludzie, których przeszłość chyba nikomu nie była dobrze znana. Sami zainteresowani niechętnie opowiadali o tym, kiedy i gdzie posiedli swoją wszechstronną wiedzę. Znali się na wielu dziedzinach i chętnie przekazywali swoją wiedzę dzieciom Kupca. Zaczynając od historii i geografii ich kraju, wraz z całym kontynentem, przez czytanie, pisanie oraz zielarstwo, na podstawach magii, uzdrawiania i walki, kończąc.
-A oto i nasza piękna Iris -niski, męski głos przerwał rozmyślania dziewczyny. Na spotkanie wyszedł jej wuj Florian, nieżonaty urzędnik pracujący kilka miast dalej z ręki króla Lonerina. -Gdzie się podziewałaś i czemu nas nie powitałaś, kiedy przyjechaliśmy? -spytał z lekką przyganą.
-Przykro mi wuju, chwilę przed waszym przybyciem źle się poczułam i musiałam się położyć. Witaj Elizo, miło cię widzieć, Arturze -przywitała się z ciotką i bratem ojca, którzy kazali jej mówić do siebie po imieniu.
-Ale urosłaś, moja droga. Nie minęło wiele czasu od kiedy ostatnio się widzieliśmy, a ty już jesteś wzrostu Elizy -uśmiechnął się mężczyzna.
Po tej wymianie zdań nastąpiły liczne uściski i pocałunki oraz życzenia. Trójka nowo przybyłych razem z jubilatką wyszła na zewnątrz. Razem zbliżyli się do niewielkiego baraku na tyłach ogromnego ogrodu. Weszli do środka. Było bardzo ciemno, ponieważ budynek nie miał okien; jedyne światło wpadało przez drzwi wejściowe. Pachniało mieszaniną drewna, siana i... czegoś jeszcze.
-Czy to... czy to... czy to koń...? -nieśmiało spytała Iris, pełna nadziei.
-Tak -przytaknął Florian i podprowadził do niej pięknego konia o czarnym umaszczeniu i pięknej, długiej grzywie. Razem wyszli na zewnątrz.
Dziewczyna nawet nie miała czasu przyjrzeć się zwierzęciu, bo nagle od strony bramy dobiegł ją głos służącego:
-Nadjeżdża, nadjeżdża! Będzie tu za kilka minut! Już wyruszył!
Wszyscy szybko odprowadzili konia do stajni, jubilatka zdążyła jedynie pogłaskać go po pysku, przez myśl przemknęło jej pytanie o imię, lecz szybko się rozpłynęło, kiedy zobaczyła stojącą w drzwiach matkę. Razem usadziły krewnych w salonie, a same poszły dopilnować ostatnich kuchennych przygotowań. Sidor z najstarszym synem stali przed domem w oczekiwaniu na gościa, a młodsi bracia pomagali kobietom i służbie.
Scorpius powoli przypasał swój miecz. Nie spieszył się, bo wiedział, że bez względu na to, o której zjawi się w domu Kupca, będzie tam mile widziany.
-Wuju! -krzyknął w stronę otwartych drzwi. -Jadę! Biorę ze sobą czwórkę ludzi. Wrócę wieczorem.
-Dobrze, jedź -odparł mężczyzna. -I jeżeli spotkasz Gajusza, przyślij go do mnie.
-Oczywiście wuju, a co się stało?
-Nic specjalnego... Drugi Korpus znów potrzebuje dostawy broni. Ja nie wiem co oni robią z tymi mieczami, las ścinają czy co?...
-Nie wuju, na pewno nie -uśmiechnął się Scorpius. -Jeżeli dobrze pamiętam, Drugi Korpus stacjonuje na Zachodnich Rubieżach u stóp gór, czyż nie?
-Tak, ale co to ma do tego? Dowódca Drugiego Korpusu jest mistrzem w zużywaniu mieczy. Ich roczny przydział kończy się po kwartale! W głowie mi się to nie mieści... -zdenerwowany mężczyzna wyłonił się ze swojego gabinetu i potrząsnął głową z dezaprobatą.
-Nie martw się, wuju, ta okolica jest bardzo niebezpieczna, może nasi żołnierze ciągle muszą się wdawać w jakieś potyczki z dzikimi mieszkańcami gór?... Obiecuję ci, że kiedy załatwię swoje sprawy w domu Kupca, wrócę do domu, a później wyruszę w drogę, aby sprawdzić, co się tam dzieje.
-Jeżeli król dostanie kolejny taki raport to źle może być ze mną i z tobą...Dlatego liczę na ciebie, Scorpiusie! Wracaj szybko i z dobrymi nowinami, pojutrze z samego ranka wyruszysz wraz z eskortą na Zachodnie Rubieże. Zobaczymy, czy nadajesz się na mojego następcę -uśmiechnął się.
Po chwili Scorpius i jego czterej towarzysze dostojnie jechali przez miasto. Oczywiście nie było potrzeby, aby brali konie, bo od domu Kupca dzieliło ich zaledwie pięć uliczek, jednak możliwość pokazania swojego majestatu, była tak kusząca, że krewny Lorda Tybalta nie mógł się jej oprzeć. Perspektywa anonimowej podróży przerażała go bardziej, niż hordy trolli mieszkających w górach czy cała armia sąsiedniego państwa, ponieważ był odważnym, lecz bardzo dumnym młodzieńcem. Zapewne odziedziczył te cechy po matce, która umarła zaraz po jego narodzinach. Kobieta pochodziła z bardzo starej i szanowanej rodziny, dlatego już od dzieciństwa wychowywana była jako jedyna dziedziczka fortuny, a cechą charakterystyczną członków jej rodu była wyniosłość. Natomiast jej mąż był bardzo spokojnym, opanowanym i bohaterskim człowiekiem. Pochodził z drugiego, równie starego i podziwianego rodu. Zginął na służbie, w niewyjaśnionych okolicznościach, w okolicach Zachodnich Rubieży, na kontroli, kiedy Scorpius miał siedem lat. Chłopak przeszedł pod opiekę Lorda Tybalta, który jako starszy brat zmarłego przejął obowiązki Głównodowodzącego Armią Królewską.
-Nie martw się, wuju, ta okolica jest bardzo niebezpieczna, może nasi żołnierze ciągle muszą się wdawać w jakieś potyczki z dzikimi mieszkańcami gór?... Obiecuję ci, że kiedy załatwię swoje sprawy w domu Kupca, wrócę do domu, a później wyruszę w drogę, aby sprawdzić, co się tam dzieje.
-Jeżeli król dostanie kolejny taki raport to źle może być ze mną i z tobą...Dlatego liczę na ciebie, Scorpiusie! Wracaj szybko i z dobrymi nowinami, pojutrze z samego ranka wyruszysz wraz z eskortą na Zachodnie Rubieże. Zobaczymy, czy nadajesz się na mojego następcę -uśmiechnął się.
Po chwili Scorpius i jego czterej towarzysze dostojnie jechali przez miasto. Oczywiście nie było potrzeby, aby brali konie, bo od domu Kupca dzieliło ich zaledwie pięć uliczek, jednak możliwość pokazania swojego majestatu, była tak kusząca, że krewny Lorda Tybalta nie mógł się jej oprzeć. Perspektywa anonimowej podróży przerażała go bardziej, niż hordy trolli mieszkających w górach czy cała armia sąsiedniego państwa, ponieważ był odważnym, lecz bardzo dumnym młodzieńcem. Zapewne odziedziczył te cechy po matce, która umarła zaraz po jego narodzinach. Kobieta pochodziła z bardzo starej i szanowanej rodziny, dlatego już od dzieciństwa wychowywana była jako jedyna dziedziczka fortuny, a cechą charakterystyczną członków jej rodu była wyniosłość. Natomiast jej mąż był bardzo spokojnym, opanowanym i bohaterskim człowiekiem. Pochodził z drugiego, równie starego i podziwianego rodu. Zginął na służbie, w niewyjaśnionych okolicznościach, w okolicach Zachodnich Rubieży, na kontroli, kiedy Scorpius miał siedem lat. Chłopak przeszedł pod opiekę Lorda Tybalta, który jako starszy brat zmarłego przejął obowiązki Głównodowodzącego Armią Królewską.
Subskrybuj:
Posty (Atom)