niedziela, 18 listopada 2012
Rozdział 1 (cd.4)
***
Echem niósł się odgłos kopyt uderzających o kamienną ulicę.
Grupka jeźdźców wjechała na dziedziniec, a najmłodszy z nich od razu zeskoczył z konia. Chłopak miał zielone oczy, blond czuprynę i dość łagodne rysy, przez co sprawiał wrażenie sympatycznego i niewinnego, a z całą pewnością taki nie był. Stwarzał wokół siebie barierę, której, jeśli nie było to konieczne, większość ludzi nie śmiała przekroczyć.
Szybko przywitał się z oczekującymi go w bramie gospodarzami i już po chwili rozglądał się po podwórzu, jakby było jego własne.
-Czy on czeka na Iris? -spytał ojca Silas.
-Możliwe, powinna zaraz do niego wyjść. Może pójdź po nią -zaproponował mężczyzna.
Jego syn chyłkiem wszedł do domu. Uspokoił wszystkich zgromadzonych, że Scorpius już przyjechał, po czym szybko pobiegł do kuchni cicho wołając imię siostry. Kiedy ją znalazł, nie zważając na okrzyki matki, wyprowadził dziewczynę z pomieszczenia.
-Zatrzymaj się -warknęła.
-Co się stało? -spytał zdezorientowany.
-Nie widzisz, że mam na sobie fartuch, przecież nie mogę się tak pokazać. Przyniosłabym wstyd całej rodzinie i okryła nas hańbą do piątego pokolenia.
-Nie marudź, tylko ściągaj to i rzuć gdzieś tutaj.
Minutę później, podczas gdy bratanek Lorda Tybalta przyglądał się grządkom kwiatowym, Iris pojawiła się w progu domu. Sidor cicho chrząknął i jak na zawołanie, chłopak podniósł głowę. Zobaczył przyszłą narzeczoną, lekko się uśmiechnął i żwawym krokiem podszedł do niej. Łamiąc tradycję, pocałował ją w oba policzki i dopiero wtedy pozwolił się zaprowadzić do wnętrza budynku. Zaraz za nim wkroczyła jego obstawa.
Minęli kilka komnat, przeszli kilka korytarzy i znaleźli się w salonie, w którym zgromadzili się już wszyscy. Scorpius usiadł obok Iris i nie odstępował jej ani na krok, gdziekolwiek by się nie ruszyła, jakby bał się, że ktoś nagle ją porwie. Dziewczynę bardzo to irytowało, jednak ze względu na rodziców starała się być miła i uprzejma oraz nie pokazywała po sobie, jak bardzo nie podoba jej się cała ta sytuacja. W czasie obiadu chłopak również starał się podawać jej wszystko, na co popatrzyła. Było to męczące nie tylko dla niej, ale i dla pozostałych gości, ponieważ Scorpius ciągle zabierał im potrawy, które akurat chcieli sobie nałożyć. W końcu wszyscy, oprócz niego byli w tak złych nastrojach, że nawet niewielka orkiestra, zaproszona przez Amelię, nie potrafiła rozweselić ich swoim graniem.
-Ruffinio, co możemy zrobić, by to wszystko nie skończyło się kompletną klapą..? -spytał Emilio.
-My nic, ale mam pewien pomysł. Powiedz ojcu, że czas porozmawiać o zasadach, na jakich miałoby zostać zawarte małżeństwo. Ponieważ Iris nie może być przy tych rozmowach, wyślemy ją do świątyni. Proste, nie? -Uśmiechnął się młody mężczyzna.
Jego brat z podziwem spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się.
-Skąd ty to wszystko wiesz?
-Zapamiętaj sobie, wiedza, która mają w sobie książki, jest uniwersalna i może ci się przydać w najmniej oczekiwanym momencie. A teraz już idź powiedzieć ojcu co wymyśliliśmy.
Jednak w tym momencie Sidor, jakby czytając dzieciom w myślach, sam zwrócił się do swojej córki:
-Chyba najwyższa pora, abyś udała się do świątyni, a my w tym czasie przeprowadzimy rozmowy na temat twojej przyszłości.
-Chyba targi -mruknął Silas.
-Co mówiłeś synu?
-Nic, nic chciałem zaproponować, że z nią pójdę.
-Ależ nie możesz, jesteś moim najstarszym synem i najwyższa pora, żebyś sam zobaczył jak to wygląda. Angelo, ty też zostajesz -dodał, widząc podnoszącego się potomka. -Iris oczywiście nie pójdzie sama. Emilio i Chester będą jej towarzyszyli.
-Dobrze ojcze -przytaknęli wymienieni i już po chwili razem z siostrą wolno szli w stronę pięknego budynku umiejscowionego tuż obok zamku.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz