niedziela, 23 grudnia 2012

Rozdział 2 (cd.2)

 
    Kiedy wytrącona broń z brzękiem wylądowała na posadzce, dziewczyna z furią rzuciła się na Doriana. Chciała się na nim odegrać za wszystko, co ją spotkało po jego ucieczce. Pełna żalu trafiła go pięścią w nos i nie czekając, aż przeciwnik coś zrobi, z całej siły przywaliła mu kolanem w brzuch. Rozległ się głuchy odgłos ciała uderzającego o ziemię.

    Nastała cisza.
    Iris pochyliła się nad leżącym i postawiła but tuż nad jego mostkiem. Z całej jej postawy promieniowała radość ze zwycięstwa. Przecież w jakiś sposób musiała odreagować ostatnie tygodnie, a pojedynek był na to najlepszym sposobem. Wiedziała, że skoro skończyła już siedemnaście lat, mogłaby znaleźć się w więzieniu za atak z zaskoczenia, jednak nie specjalnie się tym przejmowała.
    Nikt nie interweniował, gdy wyciągnęła sztylet i zrobiła ruch, jakby chciała zabić pokonanego. Przecięła powietrze tuż nad jego tętnicą, a po chwili zabrała nogę i spokojnie wróciła na swoje miejsce obok mistrzyni. Wszyscy w zdumieniu przyglądali się chłopakowi, który jęknął i zaczął się podnosić.
-Należało mi się -przyznał głośno.
-Rzeczywiście -przytaknęła Fragoria. -Wróćcie do swoich zadań -zakomenderowała patrząc na stojących w szeregu. -A ty, Mistino, wyznacz kolejnego wartownika i podejdź tutaj. Chłopak idzie z nami.    Polecenia kobiety zostały natychmiast wykonane. Przy drzwiach stanął Celebes. Cała piątka, to znaczy Fragoria, Silan, Iris, Dorian i Mistina udali się w stronę jednej z nisz w ścianie. Wspięli się po drabinie i znaleźli w dość dużym pokoju. Prawdopodobnie była to kwatera główna dwójki nauczycieli siedemnastolatki. Nie było tu łóżka, stały natomiast dwa biurka i kilka regałów z książkami i dokumentami. Tuż obok jednego z nich znajdował się pięknie rzeźbiony kufer zamknięty na zasuwę. Poza tym w środku nie było prawie żadnego innego mebla, a cały wystrój sprawiał wrażenie dość spartańskiego.
-Usiądźcie -polecił mistrz magii i wskazał niewielką, skórzaną kanapę. -Widzę, że bardzo się za sobą stęskniliście. Tak bardzo, że musieliście się pobić. I to przy wszystkich.
-Wybacz mistrzu, ale nie mogłam się powstrzymać. Cała rodzina szuka go już od dobrych paru tygodni, a on najspokojniej mieszka sobie kilka ulic dalej...
-Przepraszam, a co miałem zrobić? Z tego, co wiem, ani ty, ani ja nie byliśmy zachwyceni pomysłem naszego ślubu-
-Co nie znaczyło, że zaraz miałeś uciekać z domu. Oczywiście o mnie już nie pomyślałeś. Nie, bo po co martwić się kuzynką -niedoszłą żoną... Niech sobie siedzi w domu, niech się męczy z innymi kandydatami, ja mam problem z głowy... Tak sobie myślałeś, co nie?! Nie zaprzeczaj!
-Wcale tak nie myślałem-
-Wybacz, że znowu ci przerwę, ale gdybyś tak nie myślał to-
-To co? Wziąłbym cię ze sobą? Raczej nie. Wtedy wyglądałoby to na ucieczkę dwojga zakochanych-
-A ty we wszystkim znajdziesz problem.
-No to powiedz mi, co według ciebie innego powinienem był zrobić?
    Iris nie odpowiedziała. Łatwo jej było wyrzucać błędy Dorianowi, jednak sama nie potrafiła znaleźć innego, choć trochę lepszego rozwiązania.

"Jesteś tchórzem. Zwykłym tchórzem..." - pomyślała jedynie.

-No widzisz -powiedziała Fragoria. -Nie mieliście zbyt dużego wyboru. Chociaż szczerze mówiąc Dorian nie musiał uciekać, lepiej by było dla was obojga, gdyby uciekła tylko Iris.... A to dlatego, że tobie, mój drogi, nikt na siłę żony wcisnąć nie może, że tak powiem. Natomiast jeśli chodzi o córkę bogatej rodziny, to jest ona idealną inwestycją dla każdych rodziców, więc jeśli straci się jeden narzeczony, zaraz poszukuje się następnego. Często nie trzeba ich nawet szukać, bo sami walą drzwiami i oknami -dodała, widząc pytającą minę chłopaka. -Ale może na razie porzućmy ten temat. Porozmawiacie sobie jutro, kiedy Iris będzie już przyzwyczajona do tego miejsca.
-Mistino czy mogłabyś przygotować nam herbatę? Mamy mało czasu, a kilka ważnych spraw do omówienia -poprosił Silan.
-Oczywiście mistrzu -odparła kobieta i już po chwili schodziła po drabinie na dół.
-Macie tu herbatę? Skąd? -zdziwiła się siedemnastolatka.
-Jedna z naszych grup przywiozła cały worek herbaty z podróży w odległe okolice -odpowiedziała mistrzyni.
-Grup?
-Zaraz wszystko zrozumiesz, ale najpierw napijemy się czegoś.
Parę minut później pojawiła się Mistina niosąca miskę pełną suszonych listków herbaty i wiadro gorącej wody. Iris nie potrafiła zrozumieć jak kobieta wspięła się z tym wszystkim po drabinie i spytała o to.
-Miesiące wprawy -uśmiechnęła się zapytana i rozpoczęła ceremonię parzenia herbaty, której nauczyli ją ludzie z odległego kraju.


niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 2 (cd.)


 Drzwi natychmiast się otworzyły. Stała za nimi Fragoria, która nie wyglądała na obudzoną ani zdziwioną przybyciem uczennicy. Miała na sobie normalne ubranie, jakby właśnie wróciła  z treningu. A może właśnie tak było?...
-Przyszłaś -to było jedyne, co powiedziała.
    Gestem zaprosiła uczennicę do środka. Poprowadziła ją do komnaty, w której zwykle przyjmowała gości i kazała jej zająć miejsce przy stole. Sama poszła do kuchni i przyniosła dzbanek z parującą czekoladą oraz talerz pełen ciastek. Po chwili postawiła przed sobą i Iris dwie filiżanki, i nalała do nich naparu.
-Widzę, że spodziewała się mnie pani -uśmiechnęła się dziewczyna.
-Po tym, jak zapoznałam się z twoim najnowszym kandydatem na męża, byłam pewna, że się tu zjawisz -rzuciła kobieta. -Do wschodu słońca możesz jeszcze zmienić zdanie i wrócić do domu.
-Nie, już tam nie wrócę, nie mam powodu. Uważam, że po tym całym zamieszaniu głupotą byłoby się wycofać.
-No dobrze. Szanuję i popieram twoją decyzję, a teraz posłuchaj. Nie mogę cię chować u siebie, ponieważ mój dom będzie jednym z pierwszych miejsc, w których będziesz poszukiwana.
-W takim razie co się ze mną stanie?
-Zaraz zaprowadzę cię w miejsce, które od tej pory będzie twoim domem. Czeka cię tam duża niespodzianka.

-Niespodzianka?
-Nie wiem czy miła, ale zawsze.
    Kilkanaście minut później Fragoria prowadziła dziewczynę korytarzem szerokości mniej więcej jednego potężnego mężczyzny. W ręce niosła pochodnię, która rzucała blask na stare kamienne ściany, po których spływała woda. Podłoże było obrośnięte wszelkiego rodzaju porostami, które tworzyły miękki dywan tłumiący kroki. Towarzyszki nie odzywały się. Po jakimś czasie, kiedy Iris zaczynała odczuwać znużenie drogą, w oddali zamajaczyło delikatne światło. Kiedy zbliżyły się w jego stronę, zobaczyły przymknięte drzwi; przez szparę sączył się jasnożółty blask jakby płonącego ogniska.

     Weszły do środka. Siedemnastolatka stanęła jak wryta. Znalazły się w ogromnej sali z dość niskim sufitem. W każdej ścianie wykute były nisze, w których znajdowały się łóżka, biurka, niewielkie biblioteczki i kufry. Wokół krzątali się ludzie; były tu zarówno kobiety jak i mężczyźni, jednak przedstawicielek płci pięknej było pięć razy mniej. Każda z nich komenderowała jakąś grupką mężczyzn. Niektórzy pracowali przy ognisku i szykowali posiłek, inni zajmowali się czyszczeniem broni, jeszcze inni prali i cerowali ubrania. Gdy zauważyli starszą z przybyłych, natychmiast ustawili się w szeregu i skłonili przed nią.
     Tylko jeden mieszkaniec podziemnej jaskini nie ustawił się w rzędzie. W spokoju stał nieopodal drzwi wejściowych i gryzł trzymane w ręce jabłko. Wyglądał, jakby stał na warcie od wielu godzin i już był tym znudzony. Iris wiedziała, że skądś zna ten niedbały sposób bycia, jednak po dniu pełnym wrażeń nie potrafiła uchwycić myśli snujących się jej w głowie. Chłopak wyglądał znajomo, był wysoki i szczupły, miał ciemne rozwichrzone włosy, a z jego postawy biła pewność siebie.
-Dorianie, ty imbecylu, ile razy mam ci powtarzać, żebyś chociaż się skłonił! To, że stoisz na warcie, nie zwalnia cię od szacunku do przełożonych! -krzyknęła kobieta stojąca w szeregu pierwsza od lewej.
-Uspokój się Mistino, doskonale wiem, co powinienem zrobić -odparł wesołym głosem. -Witaj Fragorio i witaj Iris -
    Nie zdążył dokończyć tego, co chciał powiedzieć, ponieważ niespodziewanie przy jego szyi znalazł się sztylet. To siedemnastolatka jednym susem znalazła się przy nim. Kiedy usłyszała jego imię, od razu coś przeskoczyło w jej umyśle i wiedziała kim jest ten niedbale zachowujący się chłopak.
-Dorianie, synu Gilberta, zaraz zginiesz z moich rąk -wysyczała dziewczyna i odsunęła się od chłopaka.
     Błyskawicznie podniosła miecz leżący nieopodal i przerzuciła go z jednej dłoni do drugiej. Zamachnęła się i sprawdziła, czy jest dobrze wyważony, po czym wykonała wzorowy wypad w stronę kuzyna. Ostrze minimalnie minęło jego głowę.
-Stójcie! Gormar, Celebes, powstrzymajcie ich! -rozkazała kobieta poprzednio nazwana przez wartownika Mistiną.
     Mężczyźni wyszli przez szereg i już mięli wykonać polecenie, kiedy powstrzymał ich przeczący gest Silana, który nagle pojawił się w jaskini.
     Iris wyprostowała się i stanęła w niewielkiej odległości od przeciwnika. On również był już przygotowany. Nie chciał walczyć z krewną, ale podejrzewał, że jeśli jej nie pokona, albo przynajmniej nie powstrzyma, zabije go.

"Ona jest wyjątkowo nieprzewidywalna" -pomyślał.

     Walka rozpoczęła się. Dziewczyna z lodowatym spokojem wykonywała pchnięcia, raz z prawej, raz z lewej, często niespodziewanie zmieniała trajektorię lotu ostrza. Z początku chłopak tylko zbijał jej ciosy, lecz później wstąpił w niego duch walki. Zamachnął się z lewej z góry, a potem szybko uderzył z lewej, z boku. Przeciętny szermierz nie zdążyłby się zasłonić przed takim atakiem, jednak siedemnastolatka trenowała u najlepszych. Pełna opanowania odskoczyła do tyłu. Była jak w transie -miecz stanowił nie tylko przedłużenie jej ręki, ale i część jej samej. Z idealnym wyczuciem równowagi wylądowała w bezpiecznej odległości i znów wykonała cięcie, równocześnie zbliżając się do kuzyna od lewej strony. W pewnym momencie kopnęła go w piszczel, tak, że nogi się pod nim ugięły. Równocześnie uderzyła płazem swojego miecza o jego ramię.

niedziela, 25 listopada 2012

Rozdział 2


-Nie, stanowczo nie wyjdę za Scorpiusa! -krzyknęła i tupnęła nogą. -Nie ma mowy, ojcze! Nawet nie chcę o tym słyszeć!
    Był późny wieczór, goście poszli już spać, albo wrócili do siebie, jak Scorpius, który następnego dnia musiał przygotować się do wyprawy na Zachodnie Rubieże. Na parterze została tylko Iris z rodzicami. Jej bracia zajęli się swoim życiem, w końcu byli już dorośli, tak jak ona od tego ranka. Dziewczynie nie podobała się ta cała sytuacja, stąd między nią a ojcem powstał spór. Kiedy kilka godzin wcześniej poszła z Emilio i Chester'em do świątyni, pozostali ustalili warunki, na których miała wyjść za mąż, w dodatku za najgorszego kandydata, jakiego mogli wybrać. Miła nadzieję, że uda jej się jakoś na to wszystko wpłynąć, wierzyła, że zmieni decyzję rodziców, że to jeszcze nie jest pewne, w końcu właśnie o to prosiła bogów, kiedy składała im urodzinową ofiarę... Jednak następne słowa Sidora rozwiały jej marzenia:
-Ale nie mamy innego wyjścia. Już zawarliśmy nader korzystną dla całej rodziny umowę, teraz już się nie wycofam.
-Mamo, proszę cię, czy nie widziałaś jaki on jest nachalny? Nie wytrzymam z nim ani jednego dnia, a co dopiero całego życia!
-Przecież wiesz, że cię kochamy, gdyby był taki okropny jak mówisz, nigdy byśmy nie próbowali cię za niego wydać -zaprzeczyła Amelia.
   Córka popatrzyła na matkę z niedowierzaniem. Do tej pory naprawdę rzadko się zdarzało, aby kobieta nie przyszła jej z pomocą w kłótni przeciwko ojcu.
-Skoro tak uważacie... Dobranoc -mruknęła i zrezygnowana opuściła pomieszczenie. Nie oglądała się za siebie, choć podjęła decyzję. Nie chciała mieć żadnych powodów do żalu.
   Wbiegła po schodach nie piętro, wpadła do swojego pokoju i otworzyła kufer z ubraniami. Wyjęła tylko męskie stroje; wszystkie suknie zostały na dnie. Przebrała się. Przygotowała linę z hakiem, broń, pieniądze oraz niewielką skrzynkę z narzędziami. Później wyjęła kawałek pergaminu i pióro, po czym napisała krótki list, w którym wyjaśniła jedynie, czemu opuszcza dom. Zaadresowała go do rodziców i położyła na toaletce. Po chwili skreśliła jeszcze kilka słów do swojego brata. Przygotowała torbę i spakowała ją. Kiedy była już prawie gotowa, przypomniała sobie o książce, którą dostała od Ruffinia. Zaczęła grzebać w swoim mahoniowym biurku. Znalazła "Czarną Magię dla odważnych", a przy okazji i zioła od Emilia. Szybko wyciągnęła jeszcze sztylet od braci i naszyjnik od Silasa, po czym udała się do jego pokoju i włożyła mu list pod poduszkę. Wiedziała, że chłopak wróci nie wcześniej, niż nad ranem, więc spokojnie zaczęła rozglądać się po jego pokoju, jakby na pożegnanie. Doskonale znała to pomieszczenie, często chowała się w nim przed mamą gdy coś przeskrobała. Uśmiechnęła się do siebie na myśl o tych wspomnieniach, lecz po chwili, gdy pomyślała, że może znów przez dłuższy czas nie zobaczyć brata, uśmiech zgasł, a oczy lekko zaszkliły się jej od łez. Wróciła do siebie i zaczęła zastanawiać się nad wyborem drogi ucieczki.
    Po krótkich rozmyślaniach wybrała najprostszą drogę -okno. Nie podejrzewała, żeby akurat dziś ktokolwiek pilnował drzewa, którego zawsze używała do opuszczania domu nocą. Najpierw spuściła swoje bagaże na trawę i kiedy sama chciała wyjść, usłyszała kroki na korytarzu. Tego się nie spodziewała. Nie chciała tak szybkiego zdemaskowania swojego pomysłu, więc prędko zgasiła świecę i wskoczyła do łóżka. Po chwili drzwi jej pokoju otworzyły się i zbliżyła się do niej Amelia. Lekko pocałowała ją w czoło i szepnęła:
-Nie martw się, jutro jeszcze porozmawiamy. Może uda ci się przekonać ojca...
    Iris nic nie odpowiedziała. Wiedziała, że tak się nie stanie, bo jutro już jej tu nie będzie. Jednak nie czuła żalu, raczej rozczarowanie, szczególnie, że były to ciągle jej urodziny. Kiedy matka wyszła, dziewczyna ostatni raz spojrzała na swój pokój i wyszła przez okno. Chwyciła najbliższą gałąź i z niej zeskoczyła na kolejną. Po chwili była na dole. Na szczęście jej torby nie zniknęły. Zarzuciła je na ramię i opuściła teren posiadłości. Jednak zanim przeskoczyła przez bramę, rzuciła jedno smutne spojrzenie w stronę stajni, w której stał jej piękny koń. Nawet nie zdążyła mu się przyjrzeć i dowiedzieć czy ma jakieś imię. Obiecała sobie jednak, że wróci po niego tak szybko, jak to będzie możliwe i, że uda się z nim, tam gdzie przyjdzie jej się przenieść...
    Żwawym krokiem przemierzała ciemne ulice, choć musiała kryć się w najgłębszym cieniu. Nie chciała natknąć się na strażników patrolujących miasto. Już kiedyś miała z nimi do czynienia, ale wtedy był z nią Angelo. Było to niedawno, wtedy, kiedy późną nocą wracali z treningu. Najpierw niepostrzeżenie wspięli się na mury obronne i zeszli po drugiej stronie, już na terenie obrzeży stolicy, a później, kiedy zmierzali do domu, drogę zastąpiło im dwóch mężczyzn w mundurach. Koniecznie chcieli wiedzieć gdzie mieszkają i co robią o tej porze poza domem. Byli bardzo natarczywi, jednak jej brat jakoś zdołał ich zbyć. Dziewczyna nie była pewna czy w pojedynkę potrafiłaby powtórzyć jego wyczyn.
     Właśnie mijała bar "Pod Starą Miotłą". Ze środka dobiegł ją głos barda śpiewającego refren znanej ludowej pieśni.

Usłyszałem i od razu pokochałem,
Usłyszałem i od razu pokochałem...


Śpiewak dalej nucił, a Iris starała się nie zwracać na siebie uwagi. Wokół baru był duży tłok i siedemnastolatka wiedziała, że musi przemykać bokiem, bo w tej ciżbie mogłaby spotkać niejednego strażnika. Powoli zbliżała się do wewnętrznych murów, które stanowiły dodatkową ochronę dla pałacu królewskiego. Tuż obok znajdowało się kilka bogatych domów. Ich właściciele byli wysoko postawionymi urzędnikami i doradcami władcy, lecz nie chcieli mieszkać w pałacu, dlatego Lonerin pozwolił im zamieszkać poza kompleksem zamkowym. Wśród willi stała jedna, która była inna od pozostałych. Nie tak duża i bogata, sprawiała wrażenie budowli znajdującej się nie miejscu. To w jej stronę zmierzała. Kiedy w końcu dotarła do celu swojej nocnej podróży, przystanęła przed furtką, skupiła myśli na obrazie właścicielki domu, który miała dobrze wyryty w pamięci i wysłała krótką wiadomość.

niedziela, 18 listopada 2012

Rozdział 1 (cd.4)


***
Echem niósł się odgłos kopyt uderzających o kamienną ulicę.
Grupka jeźdźców wjechała na dziedziniec, a najmłodszy z nich od razu zeskoczył z konia.  Chłopak miał zielone oczy, blond czuprynę i dość łagodne rysy, przez co sprawiał wrażenie sympatycznego i niewinnego, a z całą pewnością taki nie był. Stwarzał wokół siebie barierę, której, jeśli nie było to konieczne, większość ludzi nie śmiała przekroczyć.
Szybko przywitał się z oczekującymi go w bramie gospodarzami i już po chwili rozglądał się po podwórzu, jakby było jego własne.
-Czy on czeka na Iris? -spytał ojca Silas.
-Możliwe, powinna zaraz do niego wyjść. Może pójdź po nią -zaproponował mężczyzna.
Jego syn chyłkiem wszedł do domu. Uspokoił wszystkich zgromadzonych, że Scorpius już przyjechał, po czym szybko pobiegł do kuchni cicho wołając imię siostry. Kiedy ją znalazł, nie zważając na okrzyki matki, wyprowadził dziewczynę z pomieszczenia.
-Zatrzymaj się -warknęła.
-Co się stało? -spytał zdezorientowany.
-Nie widzisz, że mam na sobie fartuch, przecież nie mogę się tak pokazać. Przyniosłabym wstyd całej rodzinie i okryła nas hańbą do piątego pokolenia.
-Nie marudź, tylko ściągaj to i rzuć gdzieś tutaj.
Minutę później, podczas gdy bratanek Lorda Tybalta przyglądał się grządkom kwiatowym, Iris pojawiła się w progu domu. Sidor cicho chrząknął i jak na zawołanie, chłopak podniósł głowę. Zobaczył przyszłą narzeczoną, lekko się uśmiechnął i żwawym krokiem podszedł do niej. Łamiąc tradycję, pocałował ją w oba policzki i dopiero wtedy pozwolił się zaprowadzić do wnętrza budynku. Zaraz za nim wkroczyła jego obstawa.
Minęli kilka komnat, przeszli kilka korytarzy i znaleźli się w salonie, w którym zgromadzili się już wszyscy. Scorpius usiadł obok Iris i nie odstępował jej ani na krok, gdziekolwiek by się nie ruszyła, jakby bał się, że ktoś nagle ją porwie. Dziewczynę bardzo to irytowało, jednak ze względu na rodziców starała się być miła i uprzejma oraz nie pokazywała po sobie, jak bardzo nie podoba jej się cała ta sytuacja. W czasie obiadu chłopak również starał się podawać jej wszystko, na co popatrzyła. Było to męczące nie tylko dla niej, ale i dla pozostałych gości, ponieważ Scorpius ciągle zabierał im potrawy, które akurat chcieli sobie nałożyć. W końcu wszyscy, oprócz niego byli w tak złych nastrojach, że nawet niewielka orkiestra, zaproszona przez Amelię, nie potrafiła rozweselić ich swoim graniem.
-Ruffinio, co możemy zrobić, by to wszystko nie skończyło się kompletną klapą..? -spytał Emilio.
-My nic, ale mam pewien pomysł. Powiedz ojcu, że czas porozmawiać o zasadach, na jakich miałoby zostać zawarte małżeństwo. Ponieważ Iris nie może być przy tych rozmowach, wyślemy ją do świątyni. Proste, nie? -Uśmiechnął się młody mężczyzna.
Jego brat z podziwem spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się.
-Skąd ty to wszystko wiesz?
-Zapamiętaj sobie, wiedza, która mają w sobie książki, jest uniwersalna i może ci się przydać w najmniej oczekiwanym momencie. A teraz już idź powiedzieć ojcu co wymyśliliśmy.
Jednak w tym momencie Sidor, jakby czytając dzieciom w myślach, sam zwrócił się do swojej córki:
-Chyba najwyższa pora, abyś udała się do świątyni, a my w tym czasie przeprowadzimy rozmowy na temat twojej przyszłości.
-Chyba targi -mruknął Silas.
-Co mówiłeś synu?
-Nic, nic chciałem zaproponować, że z nią pójdę.
-Ależ nie możesz, jesteś moim najstarszym synem i najwyższa pora, żebyś sam zobaczył jak to wygląda. Angelo, ty też zostajesz -dodał, widząc podnoszącego się potomka. -Iris oczywiście nie pójdzie sama. Emilio i Chester będą jej towarzyszyli.
-Dobrze ojcze -przytaknęli wymienieni i już po chwili razem z siostrą wolno szli w stronę pięknego budynku umiejscowionego tuż obok zamku.

niedziela, 4 listopada 2012

Rozdział 1 (cd.3)


-Proszę cię, uspokój się siostrzyczko,  na pewno wpadniemy na jakieś rozwiązanie tej sytuacji. Nie lamentuj, tylko z uśmiechem zejdź za chwilę na dół i powiedz, że już się lepiej czujesz. A kiedy Scorpius przybędzie po prostu bądź dla niego uprzejma –mężczyzna przerwał słysząc jakiś dźwięk zza okna. -Chyba przyjechali pozostali goście –dodał.

   Kilka minut później Iris powoli schodziła po schodach z grymasem na twarzy, który miał być uśmiechem. Próbowała przekonać samą siebie, że ten dzień nie jest taki tragiczny, w końcu są to jej siedemnaste urodziny. Nic ani nikt nie powinien jej psuć tego święta, jednak dziewczyna z doświadczenia wiedziała, że wszystko, co miało być doskonałe zwykle ktoś niechcący niszczył i sprawiał, że całe towarzystwo miało gorszy humor. Tak miało być i tym razem, lecz gdyby o tym wiedziała w tym momencie zawróciłaby i zamknęła się w swoim pokoju. Natomiast jubilatka w błogiej nieświadomości zbliżała się do salonu, w którym zgromadziła się cała jej żyjąca rodzina, prócz Doriana, oczywiście. Jej matka siedziała przy ogromnej lirze i grała jakąś wesołą melodię, która przywodziła na myśl szczęśliwe chwile z dzieciństwa, spędzone wraz ze starszymi braćmi na pływaniu w stawie za murami miasta czy w ogrodzie, na zabawie w wojowników ratujących swoją ojczyznę. Dobrze pamiętała tamte czasy. To było jeszcze za nim Silas i Angelo zaczęli naukę u Fragorii i Silana. Mięli oni wtedy mniej więcej tyle lat, co ona teraz. Pod opiekę tej dwójki już wcześniej trafili Chester i Ruffinio, lecz kiedy małej Iris zabrakło najstarszych braci do zabawy i jej jedynym towarzyszem został Emilio, jej dzieciństwo przestało być już takie ciekawe. Na szczęście niedługo później najmłodsze dzieci Sidora również zostały uznane za na tyle duże, by móc się uczyć. Dziewczynę długo nurtował fakt, jak to się stało, że w ogóle jej rodzice powierzyli swoje pociechy obcym ludziom. Wiedziała, że nigdy nie byli oni osobami ufnymi i najchętniej obracali się w kręgu rodzinnym. Ze swoim pytaniem pewnego słonecznego dnia udała się do ojca, który wszystko jej wytłumaczył. Dowiedziała się, że ostatnią wolą jej babci, matki Sidora było, by jej wnuki zostały oddane na wychowanie do Fragorii i jej przyjaciela. Margaret nigdy nie wytłumaczyła, dlaczego takie było jej ostatnie życzenie, a jej wnuczka nigdy nie miała okazji jej o to spytać, ponieważ kiedy kobieta umierała miała ona zaledwie pięć lat.
Już na samym początku Iris polubiła swoich mistrzów. Byli to dość młodzi ludzie, których przeszłość chyba nikomu nie była dobrze znana. Sami zainteresowani niechętnie opowiadali o tym, kiedy i gdzie posiedli swoją wszechstronną wiedzę. Znali się na wielu dziedzinach i chętnie przekazywali swoją wiedzę dzieciom Kupca. Zaczynając od historii i geografii ich kraju, wraz z całym kontynentem, przez czytanie, pisanie oraz zielarstwo, na podstawach magii, uzdrawiania i walki, kończąc.
-A oto i nasza piękna Iris -niski, męski głos przerwał rozmyślania dziewczyny. Na spotkanie wyszedł jej wuj Florian, nieżonaty urzędnik pracujący kilka miast dalej z ręki króla Lonerina. -Gdzie się podziewałaś i czemu nas nie powitałaś, kiedy przyjechaliśmy? -spytał z lekką przyganą.
-Przykro mi wuju, chwilę przed waszym przybyciem źle się poczułam i musiałam się położyć. Witaj Elizo, miło cię widzieć, Arturze -przywitała się z ciotką i bratem ojca, którzy kazali jej mówić do siebie po imieniu.
-Ale urosłaś, moja droga. Nie minęło wiele czasu od kiedy ostatnio się widzieliśmy, a ty już jesteś wzrostu Elizy -uśmiechnął się mężczyzna.
   Po tej wymianie zdań nastąpiły liczne uściski i pocałunki oraz życzenia. Trójka nowo przybyłych razem z jubilatką wyszła na zewnątrz. Razem zbliżyli się do niewielkiego baraku na tyłach ogromnego ogrodu. Weszli do środka. Było bardzo ciemno, ponieważ budynek nie miał okien; jedyne światło wpadało przez drzwi wejściowe. Pachniało mieszaniną drewna, siana i... czegoś jeszcze.

-Czy to... czy to... czy to koń...? -nieśmiało spytała Iris, pełna nadziei.
-Tak -przytaknął Florian i podprowadził do niej pięknego konia o czarnym umaszczeniu i pięknej, długiej grzywie. Razem wyszli na zewnątrz.
    Dziewczyna nawet nie miała czasu przyjrzeć się zwierzęciu, bo nagle od strony bramy dobiegł ją głos służącego:
-Nadjeżdża, nadjeżdża! Będzie tu za kilka minut! Już wyruszył!
    Wszyscy szybko odprowadzili konia do stajni, jubilatka zdąż
yła jedynie pogłaskać go po pysku, przez myśl przemknęło jej pytanie o imię, lecz szybko się rozpłynęło, kiedy zobaczyła stojącą w drzwiach matkę. Razem usadziły krewnych w salonie, a same poszły dopilnować ostatnich kuchennych przygotowań. Sidor z najstarszym synem stali przed domem w oczekiwaniu na gościa, a młodsi bracia pomagali kobietom i służbie.



   Scorpius powoli przypasał swój miecz. Nie spieszył się, bo wiedział, że bez względu na to, o której zjawi się w domu Kupca, będzie tam mile widziany.
-Wuju! -krzyknął w stronę otwartych drzwi. -Jadę! Biorę ze sobą czwórkę ludzi. Wrócę wieczorem.
-Dobrze, jedź -odparł mężczyzna. -I jeżeli spotkasz Gajusza, przyślij go do mnie.
-Oczywiście wuju, a co się stało?
-Nic specjalnego... Drugi Korpus znów potrzebuje dostawy broni. Ja nie wiem co oni robią z tymi mieczami, las ścinają czy co?...
-Nie wuju, na pewno nie -uśmiechnął się Scorpius. -Jeżeli dobrze pamiętam, Drugi Korpus stacjonuje na Zachodnich Rubieżach u stóp gór, czyż nie?

-Tak, ale co to ma do tego? Dowódca Drugiego Korpusu jest mistrzem w zużywaniu mieczy. Ich roczny przydział kończy się po kwartale! W głowie mi się to nie mieści... -zdenerwowany mężczyzna wyłonił się ze swojego gabinetu i potrząsnął głową z dezaprobatą.
-Nie martw się, wuju, ta okolica jest bardzo niebezpieczna, może nasi żołnierze ciągle muszą się wdawać w jakieś potyczki z dzikimi mieszkańcami gór?... Obiecuję ci, że kiedy załatwię swoje sprawy w domu Kupca, wrócę do domu, a później wyruszę w drogę, aby sprawdzić, co się tam dzieje.
-Jeżeli król dostanie kolejny taki raport to źle może być ze mną i z tobą...Dlatego liczę na ciebie, Scorpiusie! Wracaj szybko i z dobrymi nowinami, pojutrze z samego ranka wyruszysz wraz z eskortą na Zachodnie Rubieże. Zobaczymy, czy nadajesz się na mojego następcę -uśmiechnął się.
    Po chwili Scorpius i jego czterej towarzysze dostojnie jechali przez miasto. Oczywiście nie było potrzeby, aby brali konie, bo od domu Kupca dzieliło ich zaledwie pięć uliczek, jednak możliwość pokazania swojego majestatu, była tak kusząca, że krewny Lorda Tybalta nie mógł się jej oprzeć. Perspektywa anonimowej podróży przerażała go bardziej, niż hordy trolli mieszkających w górach czy cała armia sąsiedniego państwa,  ponieważ był odważnym, lecz bardzo dumnym młodzieńcem. Zapewne odziedziczył te cechy po matce, która umarła zaraz po jego narodzinach. Kobieta pochodziła z bardzo starej i szanowanej rodziny, dlatego już od dzieciństwa wychowywana była jako jedyna dziedziczka fortuny, a cechą charakterystyczną członków jej rodu była wyniosłość. Natomiast jej mąż był bardzo spokojnym, opanowanym i bohaterskim człowiekiem. Pochodził z drugiego, równie starego i podziwianego rodu. Zginął na służbie, w niewyjaśnionych okolicznościach, w okolicach Zachodnich Rubieży, na kontroli, kiedy Scorpius miał siedem lat. Chłopak przeszedł pod opiekę Lorda Tybalta, który jako starszy brat zmarłego przejął obowiązki Głównodowodzącego Armią Królewską.

sobota, 27 października 2012

Rozdział 1 (cd.2)


-Witaj siostro, dawno żeśmy się nie widziały!
-Nie przesadzaj, Amando. Od naszego ostatniego spotkania minęły dwa tygodnie -sprostowała Amelia. -Miło mi Cię widzieć, szwagrze -uprzejmie zwróciła się do Gilberta.

-Ja również jestem zaszczycony tym spotkaniem -odparł mężczyzna i skłonił się przed swoją rozmówczynią.
-Może wejdziemy do domu -nieśmiało wtrąciła swoją propozycję Iris. -Nie jest zbyt ładnie, jak na stanie na dworze.
-Masz rację córeczko. Dzisiejsza pogoda nie sprzyja zdrowiu -przytaknęła. -Proszę, chodźcie za mną -zwróciła się do siostry i jej męża.
  Wszyscy zebrali się w salonie. Nastąpiły długie powitania, przeplatane pytaniami o samopoczucie i zdrowie lub powodzenie w interesach. Po chwili służba otworzyła drzwi jadalni i cała rodzina zasiadła przy uroczystym śniadaniu. Na stole znalazło się wiele potraw, którymi nie pogardziłby sam król Lonerin. Oprócz mięs przyrządzonych na różne sposoby, podano także tradycyjnie wypiekany chleb, sałatki warzywne oraz niezliczone misy z owocami. Głównym trunkiem było wino, źródlana woda oraz napar zwany herbatą, który Silas przywiózł ze swojej ostatniej podróży do odległych krain kontynentu.
  Rozmowy, które toczyły się w trakcie posiłku dotyczyły głównie przyszłości córki Sidora. Dziewczyna powoli zaczynała mieć tego dość, o czym dobitnie świadczyła jej mina. Angelo kilkakrotnie próbował poprawić dziewczynie nastrój opowiadając jej śmieszne anegdoty, które poprzedniego dnia usłyszał w mieście, jednak uśmiech jego siostry bardzo szybko znikał z jej twarzy. Na szczęście, w momencie, kiedy Iris miała wielką ochotę wstać i wyjść, zaistniał zupełnie inny temat.
-Wuju czy są jakieś wieści od Doriana? -spytał Ruffinio i mrugnął okiem w stronę rodzeństwa.
-Niestety nie -westchnął mężczyzna, przerywając swój wywód na temat potencjalnej wielkości posagu siostrzenicy żony. -Nie wiemy, co się z nim stało. Kiedy zniknął znaleźliśmy jedynie krótki list, leżący na jego łóżku.
-Nie wiedzieliśmy o tym liście; Amando czemu mi o nim nie wspomniałaś? -z wyrzutem spytała pani domu.
-Kiedy o tym rozmawiałyśmy, jeszcze nie wiedziałam, że nasz syn zostawił nam jakąkolwiek wiadomość. Znaleźliśmy ją później, kiedy wraz ze służbą przeszukiwaliśmy dom, żeby się upewnić, że Dorian nigdzie się nie schował, wiesz przecież, on miewał czasem dziwne pomysły... -zaszlochała kobieta.
  Amelia krzywo spojrzała na syna, który rozpoczął temat zaginionego chłopaka. Bezgłośnie wyszeptała: "Prosiłam was o coś", na co syn odpowiedział jej spojrzeniem rzuconym w stronę siostry. Kobieta popatrzyła na córkę i wszystko zrozumiała. Wiedziała przecież, że nie patrzyła ona przychylnie na żadnego z przedstawianych jej kandydatów na męża, włącznie z własnym kuzynem. Jednak żona Sidora nie potrafiła tego zrozumieć. Nie pamiętała już, że w młodości zachowywała się tak samo wobec własnych rodziców i narzeczonego.
-Proszę, może przejdziemy do salonu, za jakiś czas powinien dojechać Florian oraz Eliza i Artur -powiedział Sidor. -Zapomniałbym o jednej z ważniejszych osób dzisiejszego dnia -dodał po chwili. -Spodziewamy się tu jeszcze dziś ujrzeć jednego z krewnych Lorda Tybalta, Głównodowodzącego Armią Królewską, a mianowicie jego bratanka Scorpiusa, który raczył zaszczycić naszą piękną Iris swoimi względami.
  Przez komnatę przeszły głosy podniecenia. Żaden członek rodziny, włącznie z obiektem westchnień młodego lorda, o tym nie wiedział. Kobiety zaczęły rozprawiać na temat wszystkich przymiotów chłopaka, a mężczyźni wymieniać korzyści, które mogłyby płynąć z tego związku dla ich interesów. Nikt, prócz najstarszego brata Iris nie zwracał na nią uwagi.
-Jeszcze tylko jego mi tu brakowało -westchnęła dziewczyna i osunęła się na ziemię. Oczywiście nie zemdlała naprawdę, doszła jedynie do wniosku, że to najlepszy sposób na opuszczenie własnej imprezy urodzinowej.
Obydwie kobiety podniosły lament, który natychmiast został uciszony przez Silasa, który wypowiedział tylko jedno zdanie:
-Zemdlała z wrażenia -po czym wziął siostrę na ręce i zaniósł do jej pokoju. Kiedy znaleźli się w pomieszczeniu sami, postawił ją na ziemi i rzucił -Doskonały sposób na opuszczanie niewygodnych spotkań. Szkoda, że ja nie mogę go używać.
-Bardzo zabawne, braciszku -odparła.
-Rozumiem, że nie wiedziałaś o zainteresowaniu twoją osobą ze strony młodego Scorpiusa?
-A skąd miałam wiedzieć!? Tylko jego przystojnej gęby mi tu brakowało!  Żeby takie coś... i to w moje urodziny!
-Spokojnie, świat się nie wali-
-Twój nie!

wtorek, 23 października 2012

Rozdział 1 (cd.)


   Dziewczyna przyjęła prezent i spojrzała na tytuł. Brzmiał "Czarna Magia dla odważnych", a jej autorem był sam słynny mag Sanguineus. Zawierała setki zaklęć i receptur.
-Dzięki. Nie spodziewałam się czegoś takiego braciszku -powiedziała Iris. Przytuliła brata i zanim zdążyła odetchnąć wpadła w ramiona Emilia.
-Moja droga siostrzyczko -pompatycznie zaczął chłopak - w tym wspaniałym dniu, w którym stałaś się nam równa, pragnę złożyć ci najserdeczniejsze życzenia. Niech dobry bóg Ethen podtrzymuje cię w zdrowiu, a bogini Ismira zawsze ci sprzyja. Po prostu spełnienia marzeń -uśmiechnął się z rozbrajającą szczerością. -Powinno ci się kiedyś przydać -dodał wręczając jej materiałowy woreczek. -To podstawowe wyposażenie, jakie każdy powinien mieć przy sobie.
Dziewczyna zajrzała do środka. Przez chwilę nie mogła wykrztusić z siebie głosu.
-Emilio ile czasu musiałeś poświęcić na odszukanie tych wszystkich ziół! Przecież tu jest wszystko... -nie mogła się nadziwić Iris. -Bardzo ci dziękuję!
-Nie zajęło mi to aż tak dużo czasu... Przecież wiesz, że się na tym znam -odparł dziewiętnastolatek. -Ale wybacz, że nie zostaniemy tu dłużej. Razem z Ruffiniem mieliśmy wydać polecenia stajennym. Nie wiem po co nas aż dwóch do tego potrzeba, ale słowa rodziców są święte -rzucił i lekko wzruszył ramionami.
-Lepiej mi powiedz, gdzie jest Chester -wtrącił Angelo. -Nawet nie złożył życzeń i już go nie ma... Ale wszyscy wiemy, że on jest nietowarzyski -westchnął mężczyzna.
-Pewnie zszedł na dół, albo się gdzieś zaszył i nawet nie zamierza pomagać -żachnął się Ruffinio.
-Może ja pomogę -zaofiarowała się jubilatka.
-Nie ma mowy -zaprotestował Emilio. -Ty dziś nic nie robisz -oznajmił zdecydowanym tonem. -Może pomiędzy nami są tylko dwa lata różnicy, ale i tak musisz mnie słuchać -zakończył wesoło.
-Niech ci będzie -poddała się siedemnastolatka.
 Dwaj bracia wyszli z pokoju. Silas, który do tej pory opierał się o framugę drzwi i nie uczestniczył w rozmowie podszedł do siostry.
-To teraz moja kolej. Powiem tyle: życzę ci udanego życia spędzonego w zdrowiu i dobrym towarzystwie. Mam nadzieję, że sprawa związana z twoim ślubem rozwiąże się na twoją korzyść i w tym ci z całego serca kibicuję. Dlatego myślę, że ten naszyjnik będzie twoim amuletem i nie raz przyniesie ci szczęście -powiedział i z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyjął małe pudełeczko. -Przywiozłem go specjalnie dla ciebie z Krainy Wzburzonych Mórz.
-To dlatego tak długo cię nie było -domyśliła się Iris. Zdjęła wieczko i jej oczom ukazała się kolia. Nie była jakoś specjalnie bogata, zrobiono ją  ze srebra i bursztynu, a w samym centrum oczka zawieszki był jeszcze jakiś kamień, którego Iris nie znała. -Co to za kruszec? -spytała brata, pokazując jednocześnie piękny, mieniący się minerał.
-Nie mam pojęcia. Wypytywałem o niego wszystkich jubilerów, jakich napotkałem, ale nikt, włącznie ze sprzedawcą nie umiał mi podać jego nazwy.
-No cóż, może wybierzemy się do miejscowego specjalisty -zaproponowała dziewczyna.
-Właśnie to miałem zrobić za raz po powrocie, ale później ojciec prosił mnie o kilka innych drobnych przysług i zapomniałem -powiedział Silas.
-Dziękuję-
-Jeszcze nie dziękuj -wtrącił Angelo. -Kupiliśmy dla ciebie jeszcze jeden prezent. No, a teraz znajdź to w tych swoich przestronnych kieszeniach -zwrócił się do brata.
-Proszę -mężczyzna wyjął coś z kolejnej wewnętrznej kieszeni płaszcza.
 Dziewczyna spojrzała na przedmiot trzymany przez Silasa. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Przetarła je i drugi raz popatrzyła.
-To naprawdę dla mnie? -spytała z niedowierzaniem.
-Tak -przytaknął Angelo.
-Mam nadzieję, że nie będziesz tego musiała za wiele razy używać -ponuro mruknął najstarszy brat Iris.
   Podał jej piękny sztylet zrobiony ze stali najlepszej jakości, o rękojeści z kryształu górskiego wydobywanego tylko w kilku miejscach na kontynencie. W miejscu, gdzie jelec stykał się z taszką i trzonem był umieszczony niewielki ametyst. Głowicę broni stanowił łeb smoka z otwartą paszczą, jakby gotową do zionięcia ogniem.
   Dziewczyna długo przyglądała się przedmiotowi. Była niezmiernie wdzięczna braciom za ich prezent, który pewnie niemało nadwyrężył ich budżet.
-Błagam, tylko nie mów mamie, że to od nas –jęknął Angelo.
-Dobrze -odparła. –Naprawdę wam dziękuję. Za wszystko-
-Nie musisz, w końcu mamy tylko jedną siostrę  -przerwał jej Silas. –A teraz chodźmy na dół, zaraz przyjadą goście.
   We trójkę opuścili komnatę dziewczyny, wyszli na korytarz i schodami zeszli na parter. Przystanęli przy bramie wjazdowej, którą właśnie otwierał stajenny Adon. Niespodziewanie usłyszeli odgłos pędzących koni uderzających podkutymi kopytami o bruk oraz dźwięk turkoczących kół powozu. Chwilę później na teren posesji wjechała bryczka ciągnięta przez dwa kare konie. Woźnica zatrzymał się niedaleko stajni, zsiadł z kozła i otworzył małe drzwiczki z boku pojazdu. Pierwszy wysiadł barczysty mężczyzna i wyciągnął rękę w stronę wysokiej kobiety, która właśnie szykowała się do opuszczenia dyliżansu. Była to ciotka Amanda, młodsza siostra Amelii. Kobieta była wyższa od matki jubilatki, jednak miała identyczne, kasztanowe włosy i zielone oczy. Jej mąż był postury niedźwiedzia, nie można jednak stwierdzić, żeby w związku z tym poruszał się ociężale. Wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie nadzwyczaj zwinnej osoby. Miał ciemne włosy i błękitne oczy, zupełnie tak samo jak Sidor. A to dlatego, że byli kuzynami od strony ojca. Obydwoje zajmowali się kupiectwem, z tą różnicą, że Gilbert handlował biżuterią i ozdobami.
 -Witajcie w naszych skromnych progach -powitała gości pani domu.

niedziela, 14 października 2012

Rozdział 1


   Iris obudziła się oślepiona blaskiem słońca prześwitującego przez gałęzie drzewa za jej oknem. Był wczesny ranek, ptaki pięknie śpiewały, a ich melodii nie zakłócał żaden, nawet najlżejszy odgłos. Dziewczyna przeciągnęła się i odrzuciła kołdrę. Spuściła nogi na podłogę i stopami wymacała miękki dywan. Wstała i przeszła na drugą stronę pokoju, gdzie stały kufry z ubraniami, niewielka toaletka i mahoniowe biurko. Zbliżyła się do skrzyni znajdującej się po lewej stronie, czyli tej, w której znajdowały się jej rzeczy treningowe, jednak po chwili zmieniła zdanie. Zdała sobie sprawę, że oto nastał ten dzień, dzień jej siedemnastych urodzin, w którym wiele rzeczy miało się zmienić. Wyjęła, więc swoją ulubioną, muślinową sukienkę i już chciała ją założyć, kiedy ktoś cicho zapukał do drzwi.

-Proszę -powiedziała.
  Po chwili usłyszała skrzypnięcie i poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciła się i zobaczyła uśmiechniętego Angelo, który stał z pakunkiem w dłoni.
-Witaj siostrzyczko, wszystkiego najlepszego w dniu twoich urodzin! -uroczyście wyszeptał mężczyzna, a widząc jej zdziwioną minę, dodał -Wiem, że powinienem dać ci ten prezent, kiedy wszyscy rytualnie przyjdziemy cię obudzić, czego raczej jak widzę nie będzie trzeba robić, bo sama wstałaś, ale nie mogłem się powstrzymać, a poza tym chciałem żebyś ją dziś założyła.. -wytłumaczył i podał jej zawiniątko. -Życzę ci szczęścia i co chyba najważniejsze, spełnienia marzeń.
-Dziękuję ci Angelo -odparła Iris i uściskała swojego brata.
-To ta już pójdę, bo oni na pewno nie śpią i zaraz wrócę tu z wszystkimi -uśmiechnął się.
  Kiedy wyszedł dziewczyna rozwinęła papier. W środku zobaczyła piękną, poskładaną, błękitno-morską sukienkę zrobioną z bardzo zwiewnego materiału. Rozłożyła ją na łóżku i wygładziła brzegi. Jakiś czas przyglądała się prezentowi od brata lecz po chwili podeszła do miski z wodą i zanurzyła w niej ręce. Szybko się umyła, zdjęła koszulę i ubrała nową szatę. Podeszła do lustra, które ojciec przywiózł jej z wyprawy do Krainy Wiecznego Lodu i przyjrzała swojemu odbiciu. Zobaczyła wysoką, zgrabną siedemnastolatkę o długich, kasztanowych włosach i dużych, niebieskich oczach.
  Wzięła do ręki grzebień i rozpoczęła żmudną czynność rozczesywania skołtunionych po nocy włosów. Jakiś czas później usłyszała kroki na schodach i do pokoju weszła cała jej rodzina. Pierwszy wkroczył Sidor. Był to przeszło pięćdziesięcioletni mężczyzna, po którym Iris odziedziczyła kolor swoich pięknych oczu. Biła od niego pewność siebie, która zawsze pomagała mu w załatwianiu interesów na terenie całego kontynentu. Zaraz za nim weszła Amelia, wiecznie piękna i nigdy nie starzejąca się kobieta. W mieście zgodnie twierdzono, że mimo swoich czterdziestu siedmiu lat ciągle wygląda jak w dniu ślubu. Jej oczy lśniły tym samym blaskiem, co trzydzieści lat wcześniej, a we włosach nie pojawił się ani jeden siwy kosmyk. Zaraz za rodzicami w komnacie znalazło się pięciu braci dziewczyny. O framugę drzwi oparł się dwudziestodziewięcioletni Silas. Obok matki stanął jak zwykle wesoły, młodszy od niego o dwa lata Angelo, który zobaczywszy siostrę ubraną w suknię, którą jej podarował, od razu jeszcze szerzej się uśmiechnął. Tuż przy nim zajął miejsce starszy od dziewczyny o osiem lat Ruffinio i dziewiętnastoletni Emilio. Ostatni przyszedł dwudziestodwuletni Chester.
-Aby stało się zadość odwiecznej tradycji, dziś wszyscy przychodzimy do ciebie o poranku by złożyć ci najserdeczniejsze życzenia płynące prosto z serca i razem z tobą cieszyć się dniem, który jest początkiem twojego dorosłego życia. Prosimy również boginię Theanę, patronkę wszystkich dziewcząt o łaskę i pomoc dla ciebie we wchodzeniu w dorosłe życie  -Sidor wymówił uroczystą formułę głosem pełnym powagi, a w jego oczach błyszczały łzy.
-Dziękuję, ojcze. Dziękuję, matko -odpowiedziała dziewczyna i uklękła przed rodzicami.
  Małżeństwo pobłogosławiło swoją jedyną córkę, po czym Amelia wręczyła jej symboliczny kielich z winem, który miał oznaczać, że jej bezproblemowe życie właśnie się skończyło, a teraz nastał czas większej ilości obowiązków, ale i praw. Siedemnastolatka wypiła napój, po czym podniosła się i od razy wpadła w ramiona matki, która wyszeptała jej do ucha słowa "Bądź dzielna". Iris nie wiedziała, co kobieta miała na myśli, jednak postanowiła zapamiętać te życzenia na całe życie. Później słowa Amelii nie raz podnosiły ją na duchu w trudnych sytuacjach.
-Droga córko, nie wiedzieliśmy co mamy ci podarować. Jednak w końcu zdecydowaliśmy, że dostaniesz od nas bardzo przydatną maszynę do tkania. Jest to najnowszy model, dopiero niedawno opracowany przez mistrza Ameniusa. Czeka na ciebie na dole -powiedział Sidor.
-Jeszcze raz bardzo wam dziękuję -uśmiechnęła się dziewczyna. Maszyna do tkania nie była jej wymarzonym prezentem, jednak potrafiła docenić dobre chęci kochających ją rodziców. Poza tym kiedy miała zły humor, a dzień był deszczowy często siadała w pokoju mamy i tkała.
-Iris my idziemy rozdać polecenia służbie i przygotować salę na przyjęcie. Za niedługo przybędzie moja siostra, wasza ciotka Amanda i wuj Gilbert, rodzice Doriana. Proszę, bądźcie dla nich wyrozumiali i uprzejmi. Jeszcze nie doszli do siebie po ucieczce syna -poprosiła Amelia.
-Ale nie obwiniają mnie o to, prawda? -z niepokojem zapytała Iris.
-Oczywiście, że nie -wtrącił Silas. -Rozmawiałem  ostatnio z wujem. Powiedział mi, że Dorian już taki miał charakter i, że w końcu musiał pokazać swoją prawdziwą naturę.
-Nie przejmuj się. Dzisiaj wszystko się wyjaśni -zakończył temat pan domu i wraz z żoną opuścili pokój.
  Od razu, kiedy drzwi się zamknęły pięciu braci otoczyło dziewczynę. Wzięli ją na ręce i kilka razy podrzucili z radosnym okrzykiem: "Jesteś już dorosła!". Po czym w szóstkę wybuchli śmiechem.
-Pięknie wyglądasz w tej sukience, Iris -rzucił Emilio. -Od kogo ją dostałaś?
-Od tajemniczego wielbiciela -wesoło odpowiedziała zapytana, mrugając okiem.
-Czyżby jakiś adorator zdołał przemknąć między naszymi czujnymi spojrzeniami rzucanymi nocą wokół domu? -spytał Silas.
-Twoje spojrzenie nie jest zbyt czujne -złośliwie rzucił Chester. -No chyba, że ulicą idzie pewna panna o imieniu-
-Cicho bądź -syknął mężczyzna zatykając bratu usta dłonią.
-Ciekawość mnie zżera, braciszku. Może później mi powiesz na jaką to pannę tak chętnie patrzysz, że aż Chester to zauważył? -ze śmiechem zaproponował Angelo, po czym widząc, że odeszli od tematu urodzin siostry dodał - To może wreszcie wręczymy naszej ukochanej siostrzyczce prezenty, co chłopaki?
-Dobry pomysł -mruknął Ruffinio i wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił z grubą książką w rękach. -To dla ciebie, Iris. Mam nadzieję, że kiedyś ci się przyda... Ale musisz uważać, bo to nie jest zwykła książka -zakończył tajemniczo.
  

poniedziałek, 8 października 2012

Prolog (część 2)



                                                                 
                                                                                ***
  Dwa cienie mignęły przed miejską posiadłością Sidora zwanego Kupcem. Było już grubo po północy i księżyc dawno pojawił się na niebie. Postaci obeszły dom i skierowały się w stronę ogrodu. Po kilku minutach zatrzymały się przy drzewie pod jednym z okien.
-Może jednak weszłabyś drzwiami -Angelo podjął skazaną na porażkę próbę przekonania siostry.
 Iris spiorunowała go wzrokiem.
-Dobrze wiesz, że nie mogę -cicho odpowiedziała. -Jakby rodzice mnie zobaczyli, to.. Sam wiesz, co by się stało.
-Tak, wiem.. Wchodź na górę. Dziwię się, że rodzice jeszcze nie odkryli jakim sposobem wymykasz się z domu. To przecież takie oczywiste!
-Nie krzycz, Angelo -zrugała go dziewczyna. -Robimy jak ostatnio. Ja wchodzę, a ty liczysz do dwustu i dopiero pojawiasz się u szczytu ulicy, dobrze?
-Zgadzam się.
-To dobranoc -rzuciła Iris.
-Dobranoc -powiedział i ucałował ją w czoło.
  Siedemnastolatka z łatwością wspięła się na najniższą gałąź. Potem na kolejną i kolejną. Kiedy szykowała się aby wejść na ostatni konar, po którym mogła przejść aż do okna pokoju, usłyszała za sobą głos.
-Oj, siostrzyczko. Ładnie to tak wymykać się z domu?
-Silas, to ty! Jesteś okropny, wiesz? Przestraszyłeś mnie... Kiedy wróciłeś?
-Kilka godzin temu. Ale wiesz, najlepiej wejdźmy do twojego pokoju, bo obawiam się, że ta gałąź może nie wytrzymać mojego ciężaru -zaśmiał się najstarszy brat Iris.
 Po chwili obydwoje siedzieli na łóżku i rozmawiali.
-Stęskniłam się za tobą. Nie było cię przez cały miesiąc -z wyrzutem powiedziała dziewczyna.
-Ja też się za tobą stęskniłem -zapewnił mężczyzna. -Ale kilka bel jedwabiu zostało zamówionych przez człowieka mieszkającego bardzo daleko od naszego miasta, więc miałem długą podróż -Silas przerwał, kiedy zobaczył, że jego siostra właśnie stłumiła kolejne ziewnięcie. -No, ale ja już może pójdę, bo widzę, że jesteś bardzo zmęczona. Czyżbyś znowu ćwiczyła miecze z Angelo?
-Żebyś wiedział, braciszku. I prawie z nim wygrałam, ale potknęłam się o mały kamień, który nie wiem skąd znalazł się pod moją stopą... No, a później przez kilka godzin, bez przerwy ćwiczyliśmy zaklęcia... Dobranoc -powiedziała i przytuliła się do jego potężnego torsu. On odwzajemnił uścisk, a po chwili skierował się w stronę drzwi.
 Nagle stanął i z kamiennym wyrazem twarzy odezwał się patrząc prosto w oczy siostry.
-Jest jeszcze jedna sprawa. Rodzice chcieli ci rano powiedzieć, ale pomyślałem, że im szybciej się dowiesz, tym lepiej.
-Co się stało? -z powagą w jeszcze przed chwilą zaspanym głosie zapytała Iris.
-Dorian uciekł z domu.
-Jak to? -krzyknęła dziewczyna. Nie wiedziała czy się cieszyć czy płakać.
-Po prostu. Nocą wyszedł i już nie wrócił.



***
Blog, to odpowiednik takiego samego bloga z Onetu. Przenoszę po kolei wszystkie notki, niektóre lekko zmieniając. Kolejna notka, którą tam obiecałam prawdopodobnie pojawi się już tutaj.

piątek, 5 października 2012

Prolog (część 1)


-Dobrze Iris! Może gdybyś się nie potknęła wreszcie udałoby ci się wygrać z twoim bratem..
-Dziękuję, mistrzyni Fragorio.
   Kobieta lekko skinęła głową. Była zadowolona z postępów swojej najmłodszej podopiecznej. Córka Sidora i Amelii posługiwała się mieczem nadzwyczaj sprawnie, jak na siedemnastoletnią dziewczynę. Z pewnością przewyższała już umiejętnościami swoich czterech braci, ale ciągle nie mogła pokonać Angela, który był absolutnym mistrzem.
-Koniec treningu -zadecydowała Fragoria. -Teraz idźcie do mistrza Silana, aby was podszkolił w magii, bo jak słyszałam w tej dziedzinie nie radzicie sobie tak świetnie jak z mieczem.
W odpowiedzi rodzeństwo skłoniło się przed nią i przed sobą nawzajem.
-Do zobaczenia jutro -pożegnała ich.
-Mam nadzieję -westchnęła Iris.
-A co się stało? Czemu miałabyś nie przyjść? -zdziwiła się kobieta.
-Zbliżają się moje urodziny, a kilka tygodni później rodzice chcą mnie wydać za mąż za mojego kuzyna Doriana. I przez to przestali patrzeć życzliwym okiem na moje treningi. Na lekcje mistrza Silana jeszcze chcą mnie puszczać, ale na walkę mieczem już musiałam się wymknąć -wymamrotała. - W dodatku powiedzieli, że nie zachowuję się jak na ich córkę przystało.
-Angelo, jak się sprawy mają? -zwróciła się do chłopaka Fragoria.
-No cóż, to niestety prawda. Ja i nasi bracia nie zgadzamy się z rodzicami, ale doskonale wiemy jakie realia rządzą naszym światem. Iris powinna teraz sobie szykować posag, haftować inicjały swoje i Doriana na pościeli i chusteczkach, a nie biegać ze mną po lesie i bawić się w wojownika.. -westchnął. - Szczerze mówiąc ja i Silas też już powinniśmy sobie szukać żon. Ale jakoś nie za bardzo nam się to uśmiecha. Nie chcę teraz podważać autorytetu rodziców,ale-
-Dalej nic już nie mów -przerwała mu kobieta. -Może porozmawiam z waszymi rodzicami?
-Nie, to nic nie da, a wręcz bardziej ich rozzłości -nie zgodziła się Iris. -Sama będę musiała sobie jakoś poradzić.. W najgorszym przypadku będę zmuszona przyjąć wersję rodziców i resztę życia spędzić w kuchni, bądź z dziećmi.
-Na szczęście Dorian nie jest takim nudnym towarzyszem -próbował pocieszyć ją Angelo.
-Przecież wiem. Ale tu nie oto chodzi. Ja po prostu nie potrafiłabym przez całe życie nie robić nic ciekawego. Kiedy wy, nawet mając żony, będziecie służyć ojczyźnie, ja będę sobie haftowała ubrania czy zajmowała się interesami rodziny, jeśli nie będzie Doriana, tak? Jaki ze mnie wtedy pożytek...?
-Doskonale cię rozumiem -niespodziewanie odezwała się mistrzyni, która od dłuższej chwili nic nie mówiła, tylko przysłuchiwała się rozmowie. -Kiedyś byłam w podobnej sytuacji jak ty teraz.
-I co pani zrobiła? -spytał chłopak.
-A jak myślisz? Uciekłam z domu.. Ale tego ci nie sugeruję. Jeśli będziesz chciała przedsięwziąć tak drastyczne kroki to drzwi mojego domu zawsze będą dla ciebie otwarte. I w takiej sytuacji przysięgam nie zdradzić cię rodzicom.
   Zaległa cisza. Po tych słowach nikt nie wiedział co ma powiedzieć. Angelo oparł się o drzewo, a Iris usiadła na trawie ze skrzyżowanymi nogami. Obok niej przykucnęła Fragoria. Chwilę później usłyszeli czyjeś kroki.
-A co wy tu jeszcze robicie? -spytał Silan.
-Nic nic, mistrzu. Przepraszamy -odparł chłopak.
-Już idziemy -dodała jego siostra.
-Oj, Angelo, przecież ty już skończyłeś u mnie szkolenie.. -zdziwił się mężczyzna.
-No tak,ale..
-Ale chcesz jeszcze poćwiczyć, tak? W takim razie chodźmy, bo inaczej znów wrócicie do domu po północy i wasi rodzice będą na mnie krzywo patrzeć.
   Iris wstała z ziemi, pożegnała się z mistrzynią i razem z Angelo podążyła do chatki maga aby podszkolić się w zaklęciach.