-Proszę cię, uspokój się siostrzyczko, na pewno wpadniemy na jakieś rozwiązanie tej sytuacji. Nie lamentuj, tylko z uśmiechem zejdź za chwilę na dół i powiedz, że już się lepiej czujesz. A kiedy Scorpius przybędzie po prostu bądź dla niego uprzejma –mężczyzna przerwał słysząc jakiś dźwięk zza okna. -Chyba przyjechali pozostali goście –dodał.
Kilka minut później Iris powoli schodziła po schodach z grymasem na twarzy, który miał być uśmiechem. Próbowała przekonać samą siebie, że ten dzień nie jest taki tragiczny, w końcu są to jej siedemnaste urodziny. Nic ani nikt nie powinien jej psuć tego święta, jednak dziewczyna z doświadczenia wiedziała, że wszystko, co miało być doskonałe zwykle ktoś niechcący niszczył i sprawiał, że całe towarzystwo miało gorszy humor. Tak miało być i tym razem, lecz gdyby o tym wiedziała w tym momencie zawróciłaby i zamknęła się w swoim pokoju. Natomiast jubilatka w błogiej nieświadomości zbliżała się do salonu, w którym zgromadziła się cała jej żyjąca rodzina, prócz Doriana, oczywiście. Jej matka siedziała przy ogromnej lirze i grała jakąś wesołą melodię, która przywodziła na myśl szczęśliwe chwile z dzieciństwa, spędzone wraz ze starszymi braćmi na pływaniu w stawie za murami miasta czy w ogrodzie, na zabawie w wojowników ratujących swoją ojczyznę. Dobrze pamiętała tamte czasy. To było jeszcze za nim Silas i Angelo zaczęli naukę u Fragorii i Silana. Mięli oni wtedy mniej więcej tyle lat, co ona teraz. Pod opiekę tej dwójki już wcześniej trafili Chester i Ruffinio, lecz kiedy małej Iris zabrakło najstarszych braci do zabawy i jej jedynym towarzyszem został Emilio, jej dzieciństwo przestało być już takie ciekawe. Na szczęście niedługo później najmłodsze dzieci Sidora również zostały uznane za na tyle duże, by móc się uczyć. Dziewczynę długo nurtował fakt, jak to się stało, że w ogóle jej rodzice powierzyli swoje pociechy obcym ludziom. Wiedziała, że nigdy nie byli oni osobami ufnymi i najchętniej obracali się w kręgu rodzinnym. Ze swoim pytaniem pewnego słonecznego dnia udała się do ojca, który wszystko jej wytłumaczył. Dowiedziała się, że ostatnią wolą jej babci, matki Sidora było, by jej wnuki zostały oddane na wychowanie do Fragorii i jej przyjaciela. Margaret nigdy nie wytłumaczyła, dlaczego takie było jej ostatnie życzenie, a jej wnuczka nigdy nie miała okazji jej o to spytać, ponieważ kiedy kobieta umierała miała ona zaledwie pięć lat.
Już na samym początku Iris polubiła swoich mistrzów. Byli to dość młodzi ludzie, których przeszłość chyba nikomu nie była dobrze znana. Sami zainteresowani niechętnie opowiadali o tym, kiedy i gdzie posiedli swoją wszechstronną wiedzę. Znali się na wielu dziedzinach i chętnie przekazywali swoją wiedzę dzieciom Kupca. Zaczynając od historii i geografii ich kraju, wraz z całym kontynentem, przez czytanie, pisanie oraz zielarstwo, na podstawach magii, uzdrawiania i walki, kończąc.
-A oto i nasza piękna Iris -niski, męski głos przerwał rozmyślania dziewczyny. Na spotkanie wyszedł jej wuj Florian, nieżonaty urzędnik pracujący kilka miast dalej z ręki króla Lonerina. -Gdzie się podziewałaś i czemu nas nie powitałaś, kiedy przyjechaliśmy? -spytał z lekką przyganą.
-Przykro mi wuju, chwilę przed waszym przybyciem źle się poczułam i musiałam się położyć. Witaj Elizo, miło cię widzieć, Arturze -przywitała się z ciotką i bratem ojca, którzy kazali jej mówić do siebie po imieniu.
-Ale urosłaś, moja droga. Nie minęło wiele czasu od kiedy ostatnio się widzieliśmy, a ty już jesteś wzrostu Elizy -uśmiechnął się mężczyzna.
Po tej wymianie zdań nastąpiły liczne uściski i pocałunki oraz życzenia. Trójka nowo przybyłych razem z jubilatką wyszła na zewnątrz. Razem zbliżyli się do niewielkiego baraku na tyłach ogromnego ogrodu. Weszli do środka. Było bardzo ciemno, ponieważ budynek nie miał okien; jedyne światło wpadało przez drzwi wejściowe. Pachniało mieszaniną drewna, siana i... czegoś jeszcze.
-Czy to... czy to... czy to koń...? -nieśmiało spytała Iris, pełna nadziei.
-Tak -przytaknął Florian i podprowadził do niej pięknego konia o czarnym umaszczeniu i pięknej, długiej grzywie. Razem wyszli na zewnątrz.
Dziewczyna nawet nie miała czasu przyjrzeć się zwierzęciu, bo nagle od strony bramy dobiegł ją głos służącego:
-Nadjeżdża, nadjeżdża! Będzie tu za kilka minut! Już wyruszył!
Wszyscy szybko odprowadzili konia do stajni, jubilatka zdążyła jedynie pogłaskać go po pysku, przez myśl przemknęło jej pytanie o imię, lecz szybko się rozpłynęło, kiedy zobaczyła stojącą w drzwiach matkę. Razem usadziły krewnych w salonie, a same poszły dopilnować ostatnich kuchennych przygotowań. Sidor z najstarszym synem stali przed domem w oczekiwaniu na gościa, a młodsi bracia pomagali kobietom i służbie.
Scorpius powoli przypasał swój miecz. Nie spieszył się, bo wiedział, że bez względu na to, o której zjawi się w domu Kupca, będzie tam mile widziany.
-Wuju! -krzyknął w stronę otwartych drzwi. -Jadę! Biorę ze sobą czwórkę ludzi. Wrócę wieczorem.
-Dobrze, jedź -odparł mężczyzna. -I jeżeli spotkasz Gajusza, przyślij go do mnie.
-Oczywiście wuju, a co się stało?
-Nic specjalnego... Drugi Korpus znów potrzebuje dostawy broni. Ja nie wiem co oni robią z tymi mieczami, las ścinają czy co?...
-Nie wuju, na pewno nie -uśmiechnął się Scorpius. -Jeżeli dobrze pamiętam, Drugi Korpus stacjonuje na Zachodnich Rubieżach u stóp gór, czyż nie?
-Tak, ale co to ma do tego? Dowódca Drugiego Korpusu jest mistrzem w zużywaniu mieczy. Ich roczny przydział kończy się po kwartale! W głowie mi się to nie mieści... -zdenerwowany mężczyzna wyłonił się ze swojego gabinetu i potrząsnął głową z dezaprobatą.
-Nie martw się, wuju, ta okolica jest bardzo niebezpieczna, może nasi żołnierze ciągle muszą się wdawać w jakieś potyczki z dzikimi mieszkańcami gór?... Obiecuję ci, że kiedy załatwię swoje sprawy w domu Kupca, wrócę do domu, a później wyruszę w drogę, aby sprawdzić, co się tam dzieje.
-Jeżeli król dostanie kolejny taki raport to źle może być ze mną i z tobą...Dlatego liczę na ciebie, Scorpiusie! Wracaj szybko i z dobrymi nowinami, pojutrze z samego ranka wyruszysz wraz z eskortą na Zachodnie Rubieże. Zobaczymy, czy nadajesz się na mojego następcę -uśmiechnął się.
Po chwili Scorpius i jego czterej towarzysze dostojnie jechali przez miasto. Oczywiście nie było potrzeby, aby brali konie, bo od domu Kupca dzieliło ich zaledwie pięć uliczek, jednak możliwość pokazania swojego majestatu, była tak kusząca, że krewny Lorda Tybalta nie mógł się jej oprzeć. Perspektywa anonimowej podróży przerażała go bardziej, niż hordy trolli mieszkających w górach czy cała armia sąsiedniego państwa, ponieważ był odważnym, lecz bardzo dumnym młodzieńcem. Zapewne odziedziczył te cechy po matce, która umarła zaraz po jego narodzinach. Kobieta pochodziła z bardzo starej i szanowanej rodziny, dlatego już od dzieciństwa wychowywana była jako jedyna dziedziczka fortuny, a cechą charakterystyczną członków jej rodu była wyniosłość. Natomiast jej mąż był bardzo spokojnym, opanowanym i bohaterskim człowiekiem. Pochodził z drugiego, równie starego i podziwianego rodu. Zginął na służbie, w niewyjaśnionych okolicznościach, w okolicach Zachodnich Rubieży, na kontroli, kiedy Scorpius miał siedem lat. Chłopak przeszedł pod opiekę Lorda Tybalta, który jako starszy brat zmarłego przejął obowiązki Głównodowodzącego Armią Królewską.
-Nie martw się, wuju, ta okolica jest bardzo niebezpieczna, może nasi żołnierze ciągle muszą się wdawać w jakieś potyczki z dzikimi mieszkańcami gór?... Obiecuję ci, że kiedy załatwię swoje sprawy w domu Kupca, wrócę do domu, a później wyruszę w drogę, aby sprawdzić, co się tam dzieje.
-Jeżeli król dostanie kolejny taki raport to źle może być ze mną i z tobą...Dlatego liczę na ciebie, Scorpiusie! Wracaj szybko i z dobrymi nowinami, pojutrze z samego ranka wyruszysz wraz z eskortą na Zachodnie Rubieże. Zobaczymy, czy nadajesz się na mojego następcę -uśmiechnął się.
Po chwili Scorpius i jego czterej towarzysze dostojnie jechali przez miasto. Oczywiście nie było potrzeby, aby brali konie, bo od domu Kupca dzieliło ich zaledwie pięć uliczek, jednak możliwość pokazania swojego majestatu, była tak kusząca, że krewny Lorda Tybalta nie mógł się jej oprzeć. Perspektywa anonimowej podróży przerażała go bardziej, niż hordy trolli mieszkających w górach czy cała armia sąsiedniego państwa, ponieważ był odważnym, lecz bardzo dumnym młodzieńcem. Zapewne odziedziczył te cechy po matce, która umarła zaraz po jego narodzinach. Kobieta pochodziła z bardzo starej i szanowanej rodziny, dlatego już od dzieciństwa wychowywana była jako jedyna dziedziczka fortuny, a cechą charakterystyczną członków jej rodu była wyniosłość. Natomiast jej mąż był bardzo spokojnym, opanowanym i bohaterskim człowiekiem. Pochodził z drugiego, równie starego i podziwianego rodu. Zginął na służbie, w niewyjaśnionych okolicznościach, w okolicach Zachodnich Rubieży, na kontroli, kiedy Scorpius miał siedem lat. Chłopak przeszedł pod opiekę Lorda Tybalta, który jako starszy brat zmarłego przejął obowiązki Głównodowodzącego Armią Królewską.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz